Pisywał reportaże z wojny polsko-bolszewickiej, w czasie której na mocy Zarządzenia Ministra Spraw Wojskowych o mobilizacji pisarzy i artystów trafił do armii i prezesował Centralnemu Komitetowi Propagandy Związków Artystycznych. Wydał również kolejne dwie powieści o patriotycznej wymowie, stale pisywał do piłsudczykowskiego Jest ona poświęcona postawom Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie II wojny światowej. Jak informuje na swojej stronie Radio Maryja, oprócz świadków uratowanych przez naszych rodaków Niedziela, 16 października 2016 (21:42) Prezydent Andrzej Duda uhonorował kilkanaścioro Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej, przyznając im wysokie odznaczenia państwowe 9 Najbardziej krwawe bombardowanie w czasie II wojny światowej przeżyło Tokio. W nocy z 9 na 10 marca 1945 roku siły amerykańskie zrzuciły na japońską stolicę bomby zapalające. Oś czasu – eksterminacja ludności żydowskiej w czasie II wojny światowej. 12.1939 wydanie nakazu noszenia przez Żydów opasek odróżniających ich od innych nacji, 1939 utworzenie pierwszego getta w Piotrkowie Trybunalskim, 1.1942 konferencja w Wannsee, 1942-1943 akcja Reinhardt, 11.1942 powołanie Tymczasowego Komitetu Pomocy Żydom Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie – rząd Rzeczypospolitej Polskiej istniejący w latach 1939–1990, będący legalną kontynuacją władz II Rzeczypospolitej, zmuszonych opuścić Polskę po agresji III Rzeszy i ZSRR na nią we wrześniu 1939 i okupacji całego terytorium Polski przez agresorów. Siedzibą rządu był Paryż OxXczgi. W dniach 4-9 maja uczennice Zespołu Szkół w Mosinie, laureatki konkursu, Iga Lewandowska oraz Katarzyna Tomowiak z nauczycielką Beatą Buchwald uczestniczyły w wyjeździe edukacyjnym do Austrii. Wyjazd przygotowało Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych w partnerstwie z Biurem Edukacji Narodowej IPN w Poznaniu. Laureaci konkursu wraz z członkami rodzin więźniów obozów koncentracyjnych oraz panią dr Agnieszką Łuczak z IPN odwiedzili sieć dawnych obozów koncentracyjnych na terenie Austrii. System obozów Mauthausen- Gusen tworzyło 49 podobozów. Wszystkie oznaczone były kategorią „3”, co oznacza, że były to najcięższe obozy. W obozach więziono koło 190 tys. więźniów. Największą grupę stanowili Polacy. Byli to między innymi powstańcy warszawscy oraz Polacy deportowani z obozu zagłady Auschwitz- Birkenau. Wśród nich było około 50 mieszkańców Mosiny, ponad 30 z nich straciło życie. Byli to także mieszkańcy Rogalinka, w tym kierownik miejscowej szkoły, Leon Kostrzewski, więziony w Mauthausen. Do dziś zidentyfikowano 84270 ofiar, w tym około 30 tys. Polaków- Ofiar obozów Mauthausen- Gusen. Dla Kasi i Igi wyjazd miał wymiar rodzinny, ponieważ Stanisław Tomowiak, ich pradziadek został deportowany z Auschwitz- Birkenau do Mauthausen. Więziony był także w obozie w Ebensee oraz Melku. Był jednym z niewielu Polaków, którym udało się przeżyć obóz. W skład naszej delegacji wszedł pan Wiesław Krawczykowski, więzień obozów Mauthausen- Gusen. Jako 15 chłopak, działacz Szarych Szeregów i powstaniec warszawski trafił do Mauthausen. Dziś ma 90 lat i wielką życiową mądrość. Pan Wiesław był dla nas niezwykłym przewodnikiem i mentorem. Spotkanie z byłym więźniem stało się dla nas wszystkich wyjątkową lekcją historii opartą na przekazie międzypokoleniowym. Dla Igi i Kasi wspomnienia pana Wiesława stały się opowieścią o historii ich pradziadka. Pan Wiesław bardzo szybko zjednał sobie młodzież, która nie odstępowała swojego wyjątkowego Nauczyciela ani na krok. Naszą podróż rozpoczęliśmy od wyjątkowego miejsca nieopodal Wiednia- wzgórza Kahlenberg, skrawka polskiej ziemi w Austrii. W kościele pw. św. Józefa na Kahlenbergu młodzież złożyła wiązanki, a Kasia i Iga zapaliły znicze przy symbolicznym grobie około 30 tysięcy Polaków, więźniów obozów koncentracyjnych systemu Mauthausen-Gusen, zawierającym urnę z ziemią z miejsc ich śmierci. O historii Kahlenbergu, powiązanej ze zwycięską bitwą pod Wiedniem pod dowództwem Jana III Sobieskiego, opowiedział nam proboszcz miejscowej parafii. Urzekła nas przepiękna panorama Wiednia z widokiem na Dunaj, którą podziwialiśmy się z Kalenbergu. Kolejnego dnia odwiedziliśmy Zamek Hartheim, fabrykę śmierci, tak nazywano to miejsce zagłady, w którym w komorach gazowych uśmiercono tysiące więźniów. Upamiętniliśmy Ofiary składając wiązanki i zapalając znicze. To był szczególnie trudny moment dla rodzin ofiar, które tam straciły swych bliskich. Następnie uczestniczyliśmy w spotkaniu z panem Wiesławem Krawczykowskim, który opowiedział nam swoją obozową historię. O godzinie w kościele St. Georgen, w 72. rocznicę wyzwolenia obozów Mauthausen- Gusen (wyzwolenie miało miejsce 5 maja 1945 roku o godz. 17), podobnie jak uwolnieni więźniowie, którzy udali się do kościoła St. Georgn i zaśpiewali hymn Polski oraz Boże coś Polskę, uczyniliśmy to samo. W godzinach wieczornych dotarliśmy do Gusen, gdzie na placu apelowym spotkaliśmy się z grupą z Warszawy i wysłuchaliśmy pięknego śpiewu Kasi i Igi, które utworem Bo świat to my, zaakcentowały, że to miejsce ważne dla Polaków i że powinno zostać upamiętnione w godny sposób. Obecnie teren dawnego obozu jest własnością prywatną. Miejsce to, dzięki pomocy pani Marty Gammer, założycielki Komitetu Memoriału Gusen, zostało po raz pierwszy od 72 lat udostępnione Polakom do zwiedzania. W sobotę uczestniczyliśmy w międzynarodowych uroczystościach w kolejnym z podobozów Mauthausen w KL Ebensee. Obóz położony był w przepięknym miejscu w Alpach, które przywitały nas słoneczną pogodą, pomimo zalegającego na szczytach gór śniegu. Ebensee- urzekający krajobraz z tragiczną historią w tle także dla pradziadka Igi i Kasi, który był więźniem tego obozu. O warunkach panujących w KL Ebensee opowiedziała nam pani Urszula Kowalska ze Stowarzyszenia Rodzin, której dziadek Jan Włodarczyk, aresztowany za działalność konspiracyjną, był osadzony kolejno w KL Auschwitz, KL Mauthausen, KL Ebensee, a następnie zamordowany w Hartheim. KL Ebensee był jednym z najcięższych obozów. Były tam niezwykle trudne warunki, począwszy od niskich temperatur, poprzez ciężką, wyczerpującą pracę polegającą na wykuwaniu tuneli w skałach, głodowe porcje żywnościowe, po choroby dziesiątkujące więźniów. Słabych i chorych więźniów mordowano. W obozie zginęło 8500 więźniów różnych narodowości. Podczas oficjalnych uroczystości przywitał nas ambasador RP w Wiedniu, Artur Lorkowski. Nasze uczennice zapaliły znicz poświęcony pamięci Stanisława Tomowiaka. Podczas uroczystości Kasia i Iga, za zgodą ambasadora oraz konsula, Korybuta Woronieckiego, zaśpiewały utwór Bo świat to my. Występ dziewczynek wzbudził ogromne zainteresowanie międzynarodowych delegacji i obecnych na uroczystości mediów. Był to głos polskiej młodzieży, która pokazała swoją obecność w tym ważnym dla wielu polskich rodzin miejscu. Zwiedziliśmy również sztolnie w Bergkristall. System sztolni Bergkristall w St. Georgen/Gusen należy do największych obiektów budowlanych z czasów narodowego socjalizmu na terenie Austrii. Sztolnie wybudowane przez więźniów stały się miejscem taśmowej produkcji kadłubów i skrzydeł myśliwców odrzutowych Me 262. Budowa sztolni przyczyniła się do deportacji wielu tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych do Gusen, których osadzono w szczególnie trudnych warunkach w podobozie Gusen II. Więźniowie umierali wskutek ciężkiej pracy, niedożywienia, braku snu oraz szczególnej brutalności strażników. Budowa sztolni i brutalne wykorzystywanie pracy więźniów sprawiły, że liczba ofiar obozu Gusen pod koniec wojny przewyższała liczbę ofiar obozu Mauthausen. Uczestniczyliśmy także w uroczystościach pod pomnikiem pamięci Ofiar, więźniów obozów koncentracyjnych, którzy, jak głosi napis na tablicy pamiątkowej, stracili życie, pracując w nieludzkich warunkach przy budowie podziemnych sztolni produkcyjnych. W godzinach popołudniowych uczestniczyliśmy w międzynarodowych uroczystościach rocznicowych przy memoriale KL Gusen. Wysłuchaliśmy przemówień między innymi prezydenta Austrii Alexandra Van der Bellena i wiceminister kultury Magdaleny Gawin, która zwróciła się do władz austriackich o godne upamiętnienie tego ważnego dla Polaków Miejsca Pamięci. Zapoznaliśmy się z wystawą plenerową Gusen:granit i śmierć, pamięć i zapomnienie, która zaprezentowana zostanie również w Parlamencie Europejskim. Niedziela była szczególnym dniem. Udaliśmy się do Mauthausen, by uczestniczyć w międzynarodowych uroczystościach poświęconych 72. rocznicy wyzwolenia obozów Mauthausen- Gusen oraz we mszy św. odprawionej przy polskim pomniku. Podobnie jak delegacje z całego świata złożyliśmy wiązankę kwiatów i zapaliłyśmy znicze upamiętniając mieszkańców Mosiny i Rogalinka, ofiary Mauthausen. O życiu w obozie opowiedział nam pan Wiesław Krawczykowski, który wspomniał o schodach liczących 186 stopni, nazywanych schodami śmierci, po których więźniowie wnosili ciężkie bloki skalne z kamieniołomów. Członkowie załogi obozowej w ramach rozrywki strącali więźniów ze schodów do leżącego w dole jeziora. Pan Wiesław pokonał schody ponad 500 razy. Schody śmierci stały się symbolem Mauthausen i Miejscem Pamięci. Zwiedziliśmy ekspozycje muzeum oraz szukaliśmy w Księdze Pamięci nazwisk bliskich nam osób. Niestety, ekspozycje muzealne w dawnych obozach na terenie Austrii są ubogie, a artefakty po obozowym życiu nieliczne. W niektórych podobozach jedynie tablice pamiątkowe umieszczone z inicjatywy Polaków świadczą o miejscach dawnych obozów. Po uroczystościach, na placu przed ratuszem w Mauthausen, złożyliśmy kwiaty przy rzeźbie sarenki, którą na rozkaz komendanta obozu Mauthausen, wyrzeźbił z granitu Stanisław Krzekotowski, więzień obozu. Był to szczególny moment dla córki i wnuka Stanisława Krzekotowskiego, Barbary i Krzysztofa Klemmów, którzy po raz pierwszy mogli zobaczyć rzeźbę. W poniedziałek odwiedziliśmy kolejny podobóz- KL Melk. Wysłuchaliśmy relacji jednego z byłych więźniów tego obozu, który wspominał ekstremalne warunki życia i wyczerpującą pracę w pobliskich sztolniach. W KL Melk życie straciło 1500 Polaków. Dla mnie i moich uczennic był to niezwykle ważny wyjazd, za który dziękujemy paniom ze Stowarzyszenia: Elżbiecie Rybarskiej i Urszuli Kowalskiej oraz pani dr Agnieszce Łuczak z Instytutu Pamięci Narodowej. Dziękujemy również Burmistrzowi Gminy Mosina, panu Jerzemu Rysiowi, który dofinansował nasz wyjazd do Mauthausen- Gusen. Podziękowania kierujemy do pana Wiesława Krawczykowskiego, który ujął nas wszystkich pogodą ducha i pokazał, że pomimo traumatycznej obozowej historii, można pięknie żyć. Słowa podziękowania kieruję do pana Pawła Szukalskiego, który pięknie przygotował uczennice do występu. Wyjazd do Mauthausen- Gusen nie tylko poszerzył naszą wiedzę historyczną, ale stał się okazją do spotkań ze świadkami wydarzeń. Mamy nie tylko świadomość tych miejsc, ale i potrzebę, by pamiętać dla przyszłości. Obszerna fotorelacja: Beata Buchwald Śniadowo, czasy II wojny światowej /wspomnienia świadka historii/ Pierwsze, co można było przeżyć, to ucieczka z domów do lasu, piwnic różnych rowów, aby się ukryć przed bombami, pociskami, i wielki strach. Eskadry niemieckich samolotów zrzucających bomby i strzelające do ludzi z działek przeciwlotniczych. Samoloty latały też bardzo nisko, że pilotów było widać doskonale. Śmiali się, kiedy widzieli ludzi uciekających lub rannych. Niemiecka armia to była potęga. Polska armia była słabo uzbrojona, samolotów prawie wcale nie miała i siłą rzeczy wojnę musiała przegrać. Front i koniec wojny Drewniany budynek dawnej stacji kolejowej w własność prywatna. Tę noc spędziliśmy u państwa S., chociaż o spaniu nie było mowy, gdyż latały samoloty i zrzucały bomby. A strzały z dział artylerii i „Katiusz” były bardzo blisko. Rano musieliśmy uciekać, bo dom państwa S. stał przy szosie. Uciekliśmy na pola, a później na cmentarz. Schroniliśmy się w grobowcu. W tym czasie Niemcy podpalili dom państwa S. Wszystko się spaliło. A najbardziej było żal chleba, który tam został. Zostaliśmy bez żywności. Na noc schroniliśmy się w piwnicy przy plebanii kościelnej. Było tu dużo ludzi, w tym ks. proboszcz Antoni Puchalski i wikariusz ks. Anton Kin. Całą noc modliliśmy się i płakaliśmy ze strachu. Rano Proboszcz z gospodynią nakarmili tym, co mieli ugotowane wszystkich, co byli w piwnicy. A było nas ze 30 osób. Rankiem 23 sierpnia 1944 r. wojska Sowieckie były już na obrzeżach Śniadowa. Rozpoczął się straszny bój. To było piekło. Niemcy byli na jednych ulicach, Sowieci na drugich. „Katiusze” i działa (sowieckie) były na drodze do Brulina, a niemieckie za szosą. Strzelanina była tak silna, że budynek, w którym siedzieliśmy, zaczął drżeć. Bojąc się, że się na nas zawali, zaczęliśmy w popłochu wszyscy uciekać. Wylecieliśmy na dwór, a tu strzelanina. Już byli zabici i ranni. Niemcy i Sowieci. Każdy uciekał w swoją stronę. Nas czworo i Wujek M. chcieliśmy uciekać w stronę lasku „Bagno”. Wpadliśmy w kartoflisko, w sam środek linii frontu. Sowieci, kiedy nas zobaczyli, zaczęli krzyczeć „łazyjcieś, padnijcie, bo was „ubijut” zabiją. Padaliśmy i zrywaliśmy się i biegliśmy dalej. Przed nami upadł pocisk, ale się nie rozerwał. W takim boju uciekaliśmy z 1 kilometr. Co mieliśmy ze sobą żywności, czy ubrania, porzuciliśmy w tym kartoflisku. Cudem uszliśmy zżyciem z tego piekła na linii frontu. Doszliśmy pod lasek „Bagno” i tu na polu w łubinie leżeliśmy od rana do wieczora. Bez wody i jedzenia w straszny upał. Nasze miejsce, gdzie leżeliśmy, było na wzgórku, mieliśmy z tego miejsca doskonały widok. Z tym, że tu znowu znaleźliśmy się w krzyżowym ogniu. Rosjanie na drodze Brulin i w Jakaci Młodej, a Niemcy za szosą na Sapkach i w Grabniku. A w górze samoloty niemieckie i rosyjskie. Naokoło paliły się wsie. Paliło się też Śniadowo, ulice Szeroka, Krótka, Rynek od strony tych ulic i Ostrołęka aż do szosy. Nikt tych pożarów nie gasił, bo wszyscy ludzie uciekli albo się ukryli. Z Jakaci Sowieci ostrzeliwali „Grabnil”. Był to piękny brzozowy lasek. To był niesamowity widok. Pod obstrzałem „Katiusz” drzewa kładły się pokotem tak, jakby kośnik kosą kosił zboże. W lasku byli Niemcy i stamtąd strzelali. Do wieczora z lasku nic nie zostało. My pod wieczór, kiedy bój trochę ucichł, dobrnęliśmy do zabudowań koło „Bagna” państwa M. i tu dostaliśmy pić i trochę jedzenia i nocleg w piwnicy na podwórku. Tu przeżyliśmy ponad 3 tygodnie. Piwnica ta (w niej gospodarze przetrzymywali kartofle na zimę) była jakieś 4-5 m długa, ze 2 m szeroka no i wysoka tak, że trudno w niej było stanąć wyprostowanym. Na pierwszą nąc w tej piwnicy była tylko rodzina gospodarzy, 6 osól i nasza, 5 osób. Spaliśmy na ziemi na rozesłanej słomie. Rano doszło ze 20 osób. Ludzie, którzy uciekli z linii frontu ze wsi z Truszki i Borki, ich wsie się paliły. Było nawet dwoje maleńkich dzieci. Zrobiło się strasznie ciasno. Najgorzej było w nocy. Leżeliśmy ściśnieni jeden przy drugim. O wyjściu na dwór w nocy nie było mowy, gdyż wtedy trzeba by było kogoś zdeptać. Do tego smród, brud i komary. A później wszy. Bo nikt nie miał w co się przebrać, gdyż prawie wszyscy uciekli w tym, co mieli na sobie. Nie mieliśmy też nic do jedzenia. Ratowało nas tylko to, że państwu M. zostały krowy. Kobiety doiły te krowy, przynosiły to mleko do piwnicy i to było nasze pożywienie. W pobliżu rosły ziemniaki, ale nakopać i ugotować je mogliśmy tylko w nocy. Bo w dzień baliśmy się palić w domu pod kuchnią, bo jak Niemcy zobaczyli dym idący z komina, to ten dom ostrzeliwali albo zbombardowali. Rano jedliśmy zimne ziemniaki mleko. O chlebie nikt nie marzył. Tak żyliśmy kilka dni. Później wojsko Sowieckie przyszło na nasze podwórko z kuchnią polową. Gotowali dla swojego wojska. Kiedy zobaczyli, że my głodujemy, więc i nam zaczęli dawać po trosze zupy, chociaż sami też mieli niewiele. Zaczęliśmy chorować, przeważnie na biegunkę. Była z nimi lekarka, która i nas leczyła. Ja znałam język rosyjski, więc pomagałam jej porozumiewać się z Polakami. Była to bardzo dobra kobieta, zostawiła w Rosji swoje dzieci i jako lekarz musiała iść do wojska na front. Ja od dziecka nie umiałam żyć bez chleba (Władzio braku chleba tak nie przeżywał). Kiedy widziałam, jak żołnierze jedli chleb, to myślałam, że oszaleję z pragnienia. Ta lekarka, kiedy zorientowała się, że ja tak pragnę chleba, to zaczęła się dzielić ze mną swoim chlebem. Kto nie zaznał głodu, ten nie wie, jak wtedy ciężko żyć. Początkowo baliśmy się Sowietów, bo pamiętaliśmy 41 r. Ale to już byli inni ludzie. Od nich też dowiedzieliśmy się, że idzie z nimi i walczy Wojsko Polskie, które zostało utworzone z ludzi wywiezionych w latach 40-41 na Syberię. Razem ruszyli przeciw Niemcom. W piwnicy u państwa M. spędziliśmy około 3 tygodni. Nasza rodzina i ci wszyscy, którzy się u nich znaleźli, zawdzięczamy, że chociaż w głodzie, brudzie i strachu, przeżyliśmy ten okropny czas, nikt z nas nie został ranny czy zabity. W czasie tych tygodni, kiedy trwał front, zginęło dużo cywilnych ludzi ze Śniadowa i okolic (Nie licząc żołnierzy Sowieckich i Niemców). Samych Śniadowiaków około 20 osób. Zginął mój kierownik szkoły p. Sz. z córką młodszą ode mnie, kolega Tadek W. z matką, koleżanka Bogusia Sz. z ciotką, mała Wiesia W. (7 lat) oraz inni. Zginął też wujek Jakub D. W ich piwnicę, w której siedzieli, uderzył pocisk. Wujek zginął na miejscu, ciocia Adela i mały Romuś zostali ciężej ranni. Romuś utracił jedno oko. Jadzia, Niusia i Alfred byli lekko ranni. Spaliły się też cioci zabudowania, został tylko dom. Rzeczy, które były zakopane w spalonej stodole, to się jakoś utrzymały. A to były ubrania i pościel. Kiedy wróciliśmy do domu, nie wiadomo było jak zacząć żyć. Okna bez szyb, dachówki na dachu podziurawione. Znaleźliśmy trochę ukrytej w ziemi żywności. Poza tym było dużo wojska podążającego za uciekającymi Niemcami. Zastaliśmy też Żydów, którzy przeżyli i wrócili do siebie (o których już pisałam). Przybyło też z nimi kilka osób – Żydów z innych miejscowości. Jeden z Żydów nazwiskiem Sz. był piekarzem. Nasz Ojciec też był piekarzem. Dom i piekarnia, w której mieszkaliśmy ocalały. Ale nie było mąki, żeby zacząć piec chleb. Wtedy ten Żydek zaczął kombinować z wojskiem Sowieckim, żeby dowozili mąkę. Chciał uruchomić piekarnię. Jakoś się udało i ojciec z Żydem zaczęli wypiekać chleb. Byliśmy szczęśliwi, bo mieliśmy chleb, którego brak tak bardzo odczuwaliśmy. Pod koniec września 44 r. przyszły do nas oddziały Wojska Polskiego utworzonego na terenach Związku Radzieckiego z Polaków wywiezionych na Syberię oraz żołnierzy, którzy byli powołani w 1940-41 r. do Armii Sowieckiej. Jaka radość panowała, kiedy ich ujrzeliśmy w czapkach z polskim orłem, to nie da się opisać. Była to dywizja imienia Tadeusza Kościuszki pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga. Ta dywizja zdobywała nawet Berlin i zawieszała flagę Polską, na niemieckim Reichstagu. W tej dywizji służył też Wojciech Jaruzelski, który z rodziną był wywieziony na Syberię. Przyszło też z tą armią wielu żołnierzy ze Śniadowa, między innymi stryj Marian L., który był 1940 r. zabrany do wojska sowieckiego. Wrócił po 5 latach. Przeszedł cały front od Rosji po Berlin. Był kilkakrotnie ranny. Były w tej dywizji również polskie kobiety i dziewczyny. Te po większej części służyły jako sanitariuszki, ale były też, które walczyły na froncie. Ich oddział nosił imię Emilii Plater, potocznie nazywano je „Platerówki”. W tym oddziale była też moja szkolna koleżanka (wywieziona na Syberię z rodziną) Marysia T. Późniejsza chrzestna matka Zosi. Kiedy front dotarł do Łomży nad rzekę Narew i Wisłę pod Warszawą i tu wojska sowieckie zatrzymały się na kilka miesięcy. Chcieli odpocząć, aby wzmocnić swe siły. A może celowo? Bo w Warszawie trwało powstanie, którym dowodziły siły nieprzyjazne Sowietom. Sowieci nie kwapili się pomóc powstańcom. Polskie Wojsko też nie mogło, gdyż byli pod rozkazami Sowietów. W czasie powstania lud Warszawy walczył bardzo dzielnie z silnie uzbrojonymi Niemcami, ale przegrali. Zginęło około 200 tys. warszawiaków, tysiące młodzieży, dziewcząt i chłopców, a też i dzieci nawet 12-letnie, które walczyły przy boku Powstańców. No i zbombardowane i spalone miasto Warszawa. To było wielkie cmentarzysko, nie miasto. Kiedy w 1946 r. byłam pierwszy raz w Warszawie, to jak na całej którejś ulicy stał jeden cały dom, to było coś wielkiego, a reszta, to gruzy, gruzy, gruzy. Warszawa Praga była mniej zniszczona, bo Pragę już zajęli Sowieci, granicą frontu była Wisła. Za Wisłą było powstanie i Niemcy. Niemcy okropnie mścili się na Polakach w Warszawie za powstanie. Kiedy front zatrzymał się nad Narwią, wtedy Sowieci zaczęli ewakuować mieszkańców Łomży i okolic Narwi na dalsze tereny poza front. Wtedy do Śniadowa i okolic przybyło bardzo dużo ludzi. Nie mieli gdzie mieszkać, a zima się zbliżała. Mieszkali w stodołach, chlewach albo kopali „ziemianki”, w tych dołach mieszkali nawet z małymi dziećmi. Śniadowiacy też nie wszyscy mieli gdzie mieszkać, bo połowa Śniadowa była spalona. Był głód i zimno. Ludzie zaczęli chorować na „tyfus” (dur brzuszny). Brak żywności i leków mocno dokuczał. Wielu ludzi zmarło. Nasza piekarnia nie dawała rady zaopatrzyć wszystkich ludzi w chleb. Całe noce ludzie stali pod piekarnią, aby kupić bochenek chleba. Bo tylko 1 bochenek mogła kupić jedna osoba z kolejki. Nic tak nie dokuczy, jak głód i zimno. I kto to przeżył, to pamięta to całe życie i umie poszanować chleb, nie wyrzuca go na śmietnik. Przybyli też z Łomży nasi krewni z rodziny K. Wujek Stanisław K. z żoną Marią i dwójką dzieci oraz ciocia Władysława z mężem Józefem Sz. i córkami Zofią i Lilianą. Zamieszkali u cioci D. U nas nie mieli gdzie, gdyż Sowieci zajęli cały nasz dom. Była to komendantura wojskowa. W czterech mieszkaniach kwaterowało ze 30 żołnierzy. Nam zostało jedno mieszkanko, gdzie zmieściło się jedno łóżko. Ja i Władzio spaliśmy na podłodze. Ale i tak to był komfort. Najważniejsze, że mieliśmy ciepło i co jeść. Bo oprócz tego, że mieliśmy chleb, to jeszcze na podwórku Sowieci, co u nas kwaterowali, mieli kuchnię polową i gotowali dla swoich żołnierzy. Gotowały dwie rosyjskie dziewczyny, które szły razem z frontem. Tak, że i my jedliśmy z tej kuchni. A czasami dostaliśmy od tych dziewczyn puszkę mięsnych konserw, tzw. „Swiniaja tuszonka”, były to przepyszne konserwy. A jak im zostawała zupa, to mama zabierała i oddawała dla rodziny do D. albo innym ludziom. Nasza mama znała biedę, więc i innych rozumiała i wszystkim chciała pomagać. Pamiętam, wśród ewakuowanych był z rodziną bardzo znany lekarz dr Wejroch (On kiedyś uratował mamie życie, kiedy była b. ciężko chora). On też stał nocami, żeby kupić chleba. Kiedy mama go zobaczyła, poprosiła go do mieszkania i oddała nasz chleb. Od tej pory starała się ukryć bochenek chleba dla jego rodziny. A to nie było łatwe, gdyż ci ludzie, co stali, pilnowali, aby sprzedać chleb do ostatniego bochenka. Często tatuś czy Żydek zostawiali kilka chlebów w piecu, abyśmy mogli mieć go dla swoich. Doktor zapamiętał to na zawsze i kiedy później zdarzyło się jemu lub żonie być w Śniadowie, to zawsze nas odwiedzili. Tak żyliśmy do stycznia 1945 r. Mieliśmy też jeszcze wiele nalotów samolotów niemieckich. W styczniu ruszyła ofensywa wojsk sowieckich i polskich na Niemców. Poszli za Narew i Wisłę. 17 stycznia 1945 r. oswobodzili Warszawę i inne miasta. Ludzie zaczęli powracać do spalonej Łomży i innych miejscowości. Nasi krewni, rodzina K. też wyjechali. Przez ten okres nasze rodziny bardziej się poznały i zaprzyjaźniły. Zaprzyjaźnili się też z nami Sowieci, co u nas kwaterowali. Nawet Wigilię Bożego Narodzenia, chociaż bardzo ubogą, spędziliśmy razem. Bardzo byli ciekawi tego obrządku, gdyż u nich to święto było zabronione. Niektórzy od rodziców wiedzieli o Bogu. Nawet mieli w mundurach zaszyte medaliki. Ale to była wielka tajemnica. Im wyznawać wiary w Boga nie było wolno. Oni mówili „Boga niet”. Był to oddział polityków, do nich należało przesłuchiwanie ludzi podejrzanych politycznie lub złapanych na kradzieży czy innych, przeważnie Polaków. Ja, że znałam język rosyjski, więc często wołali mnie, żeby tłumaczyć. Zawsze starałam się tłumaczyć tak, aby to było korzystne dla przesłuchiwanego. Ale po pewnym czasie zaczął do nich przychodzić pewien Polak – Śniadowianin, który znał rosyjski. No i wtedy zaczęli aresztować mężczyzn podejrzanych o współpracę z partyzantami Armii Krajowej „AK” i wywozić do Rosji. Wywieźli dużo ludzi. Po jakimś czasie i jego „prodawszczyka”, szpicla, jak go nazywali, aresztowali i wywieźli do Rosji i tam zmarł. On nie był akowcem. Front był już od nas daleko, ale mimo to było pełno wojska i biedy. W marcu wyjechali też żołnierze, którzy u nas kwaterowali. Niektórzy pisali do nas listy z frontu, a nawet kiedy wrócili do domu. Rosjanie to byli dobrzy ludzie, tylko ich ustrój był zły. A najgorszy był ich ojciec Stalin. Czekaliśmy końca wojny i spokoju 8-ego maja 1945 r. Niemcy podpisali kapitulację, Hitler popełnił samobójstwo. Powitaliśmy koniec II wojny. Ale to nie był koniec naszych przeżyć, bo zaczęła się Wojna Polsko-Polska. Zaczęli Polacy walczyć o władzę. Polskę po uzgodnieniu trzech Mocarstw, Anglii, Ameryki i ZSRR oraz państwa, które oswobodzili Sowieci, w tym ziemie Niemiec wschodnich do Berlina i Prusy Wschodnie, Prezydenci Anglii Churchill i Ameryki Eisenhower oddali pod rządy (opiekę) Sowietom. Granice Polski ustalono na wschodzie, na rzece Bug, a na zachodzie na rzece Odrze. Sowieci zabrali Wilno, Lwów, a dostaliśmy Szczecin, Wrocław, Kołobrzeg i inne, i Prusy Wschodnie, Olsztyn, Giżycko, Morąg itd. Ziemie Niemieckie też podzielono na pół, od Odry i połowa Berlina i Królewiec okupowali Sowieci. Tu utworzono Niemiecką Republikę Demokratyczną ze stolicą w Berlinie. Niemcy Zachodnie okupowali Amerykanie i Anglicy, którzy wyzwali Afrykę oraz państwa Zachodnie oraz ziemie Niemieckie do Berlina. W Berlinie armie Sowiecka, Amerykańska i Angielska się spotkały i tu Niemcy podpisali kapitulację wobec trzech mocarstw. Na „Reichstagu” zawisły 4 flagi: sowiecka, amerykańska, angielska i polska. W Niemczech Zachodnich okupowanych przez Amerykę i Anglię powstała Republika Federalna Niemiec ze stolicą w Bonn. Granica między tymi Republikami przebiegała w Berlinie (stolica NRD). Wybudowano tak zwany „Berliński Mur”, połowa miasta należała do NRD, druga do NRF. Niemcy jedni do drugich nie mogli przechodzić. Niemców, których miasta i wsie były przydzielone Polsce, zaczęto wysiedlać do NRD, wysiedlano też z Prus Wschodnich. Natomiast Polaków wysiedlano z ziem wschodnich, tj. zza Buga i osiedlano na terenach tzw. ziemiach odzyskanych od Niemiec, dawnych ziemiach piastowskich oraz Prusach Wschodnich. Była to wędrówka ludów, gdyż i bardzo dużo Polaków z centralnej Polski przeniosło się na ziemie odzyskane. Cała Polska i ziemie odzyskane były bardzo zniszczone, zniszczone budynki, mosty, fabryki, tory kolejowe, spalone albo zgruzowane kościoły. Wielkie rumowisko nie dające się opisać. Oraz rozbite rodziny. Rozdzielone przez Niemców czy Sowietów. Pragnę, aby moje dzieci czy wnuki nie przeżyły takiego koszmaru, jak moje pokolenie przeżyło. Już 22 lipca 1944 r. w Lublinie utworzono Tymczasowy Rząd Polski. Powstała Polska Ludowa. Rząd utworzyli polscy socjaliści i komuniści, którzy w przedwojennej Polsce sanacyjnej (prawicowej) byli za poglądy (lewicowe) aresztowani, więzieni latami w obozie w Berezie Kartuskiej (ci lewicowcy pochodzili z rodzin biednych i walczyli o poprawę losu ludzi ubogich). Zginęło ich tam tysiące, gdyż więziono ich w okropnych warunkach. J. Piłsudski też był socjalistą i też przed wojną był nielubiany przez Kościół i bogaczy. Ci, co przeżyli, zaczęli pod kier. Sowietów tworzyć Polskę Ludową i rząd pod dowództwem pierwszego prezydenta Bolesława Bieruta. Zaczęto tworzyć urzędy publiczne, Milicję Obywat., otwierać szkoły. No i według ustroju socjalistycznego likwidować duże majątki hrabiowskie i dziedziców. Domy i pałace stały się własnością państwa, a ziemie przydzielano po 3-5 ha dworskim parobkom i biednym chłopcom. A „bogaczom” zostawiali coś nie coś i kazali radzić sobie jak chcą. Dużo z tych ludzi wyjechało na ziemie odzyskane albo, jak się udało, za granicę na Zachód. Był to odwet za poniewierkę biednych ludzi i parobków poniewieranych przez bogaczy. Stosunek do ludzi biednych przed wojną był naprawdę urągający wszelkim normom przyzwoitości. Było też wielkie bezrobocie, tak jak dzisiaj, a wszystko było b. drogie, na przykład 1 kg cukru kosztował 1 zł 04 gr. Był to dzienny zarobek u dziedzica dla kobiet pracujących przy żniwach czy wykopkach od 7-ej rano do 7-dmej wieczór bez wyżywienia. Nie dbano, aby dzieci się uczyły, do 4 klasy nauka była obowiązkowa, do 7 klasy nauka była bezpłatna. Ale mało dzieci z rodzin biednych i wiejskich ukończyło 7 klasę. Do szkoły średniej do Łomży uczęszczało ze Śniadowa około 10 osób. Czesne było b. wysokie, stać było tylko na to bogatszych. Studiowało tylko dwoje dzieci dziedzica, reszta kończyła tylko średnie, dwie jego córki miały tylko podstawowe wykształcenie. Biedniejsze dziewczyny najmowały się na służące u bogatych w miastach czy W-wie albo uprawiały nierząd. Nowa Polska obiecywała inne życie i równość dla wszystkich. Ale taki ustrój nie podobał się ludziom bogatym (mieli do tego prawo) i tym Polakom, którzy dostali się z Rosji do Armii gen. Sikorskiego i z nim walczyli na Zachodzie w Afryce, w Anglii, zdobywali Monte Casino oraz tym, którzy w 1939 r. zdołali uciec na Zachód. W Londynie utworzyli emigracyjny rząd polski. Nie uznawali rządu Polski Ludowej i nie chcieli wrócić do Polski. Wielu z nich pozostało tam na stałe. Na terenach Polski podczas okupacji sowieckiej i niemieckiej, utworzyły się oddziały partyzanckie, były to „Armia Krajowa” inspirowana przez Zachód (o poglądach przedwojennych), „Armia Ludowa” (socjaliści) oraz „Bataliony Chłopskie”. Wszystkie te armie walczyły przeciw okupantom. „Armia Krajowa” pod dowództwem gen. Bora-Komorowskiego rozpoczęła Powstanie Warszawskie. Walczyła też w tym Powstaniu „Armia Ludowa”. Niestety wszyscy Powstańcy ponieśli okropną klęskę. I tych partyzantów uważam i cenię jako patriotów. Pomiędzy „Leśnymi” a UB Po wojnie i utworzeniu Polski Ludowej część z partyzantów „Armii Krajowej” postanowili walczyć przeciwko ustrojowi Polski. Czy wszyscy z nich walczyli przeciwko Niemcom i Sowietom? Tego nie można stwierdzić, ponieważ komendant obwodu Śniadowskiego, to były folksdojcz i burmistrz Śniadowa za okupacji Niemieckiej, u którego na podwórzu Niemcy zabili Żydówkę z dziećmi. A jemu i jego rodzinie nic nie zrobili? Nazywał się Franciszek K. (niemieckie nazwisko) ps. „Gruda”. On dowodził i wydawał rozkazy likwidowania posterunków Milicji, zabijania Milicjantów oraz ludzi, którzy współpracowali z rządem. Wybrał czterech 18-letnich chłopaków (których zwerbował), byli to Zdzisław Sz. Pseud. „Zuch”, Janek K. ps. „Piękny”, Marian P. ps. „Cygan” i Józef J. Do nich należało wykonywanie wyroków. Ci chłopcy zabili z rozkazu K. wielu milicjantów i ludzi cywilnych. Wiem o tym wszystkim od Zdzisława Sz. Zdzisiek opowiadał mi o tym i płakał, gdyż wiedział, że giną niewinni ludzie. Ale za niewykonanie rozkazu groziła im kara śmierci, tak jak w wojsku. Jeden posterunek Milicji z komendantem na czele oddał się im po prostu, chcieli iść z nimi do lasu. To porozumienie zawarli u nas w mieszkaniu (nas na czas tej rozmowy wyprosili z domu). Przyszli w nocy na posterunek i ci milicjanci poszli z nimi, było ich 6 osób, zaprowadzili ich do lasu i wszystkich zabili. Drugi posterunek zaatakowali w noc wigilijną, nie zabili nikogo, ale zabrali broń oraz mundury i buty, zostawili ich tylko w bieliźnie. Milicjanci nie mieli żadnych szans walczyć z nimi, gdyż ich zawsze było kilku. A „nocnych” uzbrojonych przechodziło 50 i więcej osób. Telefon był tylko na poczcie, „nocni” zawsze najpierw odcinali telefon, a później napadali na posterunek albo obrabiali urząd Gminy. Zabili wielu ludzi, wójta Z., sołtysa, wielu milicjantów, żołnierzy, ubowców i cywili, których uznawali za zdrajców, współpracujących z Urzędem Bezpieczeństwa, który urzędował w Łomży. Ubowcy i wojsko przyjeżdżali w dzień, aresztowali tych, których podejrzewali o przynależność do „AK” czy „WiN”. Były też normalne bitwy na polach między Milicją i UB, a partyzantami. Wielu zostało rannych czy zabitych w tych walkach po obu stronach. Prawie wszyscy mężczyźni z okolicznych wsi, a też wielu ze Śniadowa należało do partyzantki, bo jak ktoś na wsi nie należał do nich to był podejrzany o współpracę z UB, takich zabijali nawet całe rodziny. A nawet jak były zatargi sąsiedzkie, to też zabijali. Wyroki wykonywali bez jakichkolwiek sądów. Ich powiedzenie było takie: „Jeśli nie idziesz z nami do lasku, to idź do piasku”. Broń miał prawie każdy chłop, bo tej po wojnie zostało dużo. Był też na naszym terenie drugi oddział „Narodowe Siły Zbrojne”. NSZ dowodził nimi mieszkaniec Chomentowa Henryk J. ps. „Zbych” oraz jego brat Jan i szwagier G. (Jana złapało UB i sądzili w Białymstoku, dostał karę śmierci, a w 1990 r. jego żona i córka wniosły o odszkodowanie za jego śmierć …). Ile ludzi zabili „Zbych” i jego kompani, trudno zliczyć. W Konopkach zabili dwóch braci i żonę jednego z nich w ósmym miesiącu ciąży, zostało dwóch małych chłopców, w Żyźniewie zabili rodziców, zostawili ośmioro małych dzieci. Koło Szczepankowa zabili kobietę, która trzymała niemowlę na ręku, dziecku przestrzelili nóżki, został kaleką na całe życie. Kobieta ta pokłóciła się z sąsiadką i ta nasłała na nich tych zbirów. Zabierali też inwentarz, odzież, co im się dało. „Zbych” i jego kompani, jak jechali kogoś zabić, to mówili, że jadą na „rąbankę”. Zabijali też „Akowców”, gdyż te oddziały nawzajem się zwalczały. „Zbych”, jak twierdzą byli więźniowie UB, współpracował z Urzędem Bezpieczeństwa. Po 47 r. słuch o nim zaginął. Był też jeszcze jeden napad w biały dzień na posterunek Milicji w zimie 1946 r. Trzech milicjantów było w tym czasie poza posterunkiem, czterech było w budynku (budynek państwa K. przy rynku). I ci bronili się ponad 4 godziny. Partyzantów było bardzo dużo, chcieli nawet ten dom podpalić tylko K. ich ubłagała, żeby nie spalili. W tym boju dwóch milicjantów ciężko rannych zmarło, jeden ranny przeżył i jeden ocalał. Byli to chłopaki z okolic Augustowa wywiezieni na Syberię. Tam wstąpili do wojska, przeszli front, obaj byli ranni. Po wyjściu z wojska wstąpili do Milicji, gdyż nie mieli gdzie wracać, bo ich rodziny były jeszcze na Syberii. Zginęli od swoich rodaków. W tych, co byli poza posterunkiem był Wacek K. i oni przeżyli. Wacek K. pochodził z Rakowa Gogini k/Łomży. Wieczorem przyjechało wojsko i UB i zabrali wszystkich: żywych, rannych i zabitych milicjantów. Wiosną żołnierze K. zastrzelili dwóch milicjantów, a jednego ranili i ten im uciekł. Na drodze od pociągu ze Starej Stacji na oczach ludzi idących też tą drogą. Dzień wcześniej byli u nas w domu ci milicjanci i partyzanci, którzy się nie ukrywali. I wszystka młodzież ze Śniadowa. Moje koleżanki od małego Halinka K., Hela B., Basia W. i wiele innych, wszyscy lubili do nas przychodzić, bo nasza mama była tolerancyjna, lubiła młodzież, pozwalała potańczyć przy muzyce na „grzebieniu”, pośpiewać, wtedy to były tylko takie rozrywki, nie było radia ani kina. Ja bardzo lubiłam śpiewać, głos do śpiewu odziedziczyłam po rodzicach. Miałam też dwóch kawalerów: Zdzisiek partyzant i Wacek K. milicjant. Obaj się nienawidzili. Zdzisiek był dobrym chłopakiem, kochał mnie bardzo aż do swojej śmierci. Marzył, że za niego wyjdę. Chociaż jego matka mnie nie chciała. Ale wyjść za niego bym się nie zgodziła. Gdyż chociaż to nie z jego winy, ale z rozkazu musiał zabijać, ale tego ani ja ani ludzie, by mu nie wybaczyli. Żal mi go, gdyż był całe życie nieszczęśliwy. K. zgotował im takie życie. Z natury był dobrym chłopakiem. Wacek był przystojnym chłopakiem, 8 lat starszym ode mnie i on i jego rodzina mnie uwielbiali, ale nasze drogi rozeszły się po ostatnim napadzie na posterunek. Wtedy wyjechał. Były to bardzo ciężkie czasy. Dziewczyny, które chodziły z wojskowymi, czy milicjantami, były przez „nocnych” bite albo golono im głowy. Mnie się jakoś udało, gdyż bronił mnie Zdzisiek. W naszym domu „nocni” byli w każdą noc. Tatuś i Żydek piekli pieczywo w nocy. Przyszło ze dwudziestu chłopa, zjedli ze 100 bułek i nic za to nie płacili, to samo robili u masarzy i w innych sklepach. A jeszcze chcieli i pieniędzy. Nasza mama wpadła na pomysł, że pieniądze z utargu na noc chowała do popielnika, bo by zabrali. Mama się ich nie bała, za to ojciec i Żydek okropnie. Bili też ludzi, którzy coś przeciw nim powiedzieli. Naszego sąsiada, który z nich zażartował, przyszli w nocy i tak zbili kijami, że 2 tygodnie leżał. Ja ten jego niesamowity krzyk słyszałam. I zaraz potem przyszli do nas nażreć się bułek. W dzień przyjeżdżało wojsko i UB. Jeździli po wsiach, urządzali obławy na partyzantów. Rok 1947 Na początki 47 r. nocni zabili Żyda (Śniadowiaka), który przeżył okupacyjny koszmar. Wtedy reszta Żydów z rodzinami, w tym nasz Żyd Sz. z rodziną wyjechali do Łodzi. A później do Palestyny (w 1980 r. dowiedziałam się, że rodzina Sz. żyje. A Sz. napisał książkę o ich przeżyciach). W 1947 r. Rząd ogłosił amnestię dla partyzantów. Musieli się ujawnić i oddać broń. Przywozili całe wozy broni, nikt ich nie aresztował. Wielu z nich wyjechało w nieznane, gdyż bali się ludzi, którym dokuczyli. Ale wielu też się nie ujawniło, grasowali do lat 50-tych. Zdzisiek też wyjechał na Zachód. Wciąż był pewny, że ja za niego wyjdę. Ale to było niemożliwe, gdyż ludzie nie darowaliby im tego, co robili, chociaż ci chłopcy wykonywali tylko rozkazy. Oprócz tego jego matka nie chciała naszego związku. Zdzisiek kochał mnie przez całe swoje życie. Czy ja jego, nie wiem. Po ujawnieniu się partyzantów, życie zaczynało się spokojniejsze. Nie było już nocnych najść. Mimo to było ciężko, bo jeszcze naokoło były zniszczenia wojenne. Nasza rodzina też zaczęła pracować na swoim. Nadal prowadziliśmy piekarnię, ale do pracy był nas troje. Ojciec, Mama i ja. Władzio chodził do szkoły, przerabiali po dwie klasy w ciągu jednego roku. Było tym dzieciom ciężko się uczyć, bo brak było podręczników i przyborów szkolnych. Władzio po przyjściu ze szkoły pomagał też w domu, nosił wodę i drzewo do piekarni. Dzieci wtedy naprawdę ciężko pracowały. Ojciec wtedy przyjął do pomocy drugiego piekarza. Mama jeździła z wozakiem na młyny po zakup mąki i prowadziła dom. Ja już do szkoły nie chodziłam, bo musiałam sprzedawać w sklepie pieczywo i dowozić też codziennie rano pieczywo do bufetu na dworcu kolejowym, odległym 2 km od Śniadowa. Woziliśmy to pieczywo wozem, który woził i przywoził przesyłki pocztowe. Ale często było też tak, że przejeżdżał przez dworzec w Śniadowie transport wojska albo repatriantów ze wschodu na ziemie odzyskane i zatrzymywał się na dworcu. Wtedy trzeba było dostarczyć więcej pieczywa, a transportu już nie było. Wtedy ładowało się do worka 30 albo i więcej kg chleba i ten chleb zanosiłam ja na plecach 2 km. Trzeba było cały czas nieść, bo gdybym ten worek postawiła, to by się ten chleb pogniótł. Całą rodziną pracowaliśmy bardzo ciężko (Może dlatego teraz ja i Władzio cierpimy na chore kręgosłupy). Ale że mieliśmy dobrego Ojca, to umiał to wynagrodzić. Ja za swoją pracę miałam to, że byłam (jak na te czasy) najlepiej ubrana z moich koleżanek. O Władzia też bardzo dbał. Ojciec był dla nas bardzo wyrozumiały. Mama natomiast bardzo nas kochała. Ale była bardzo twarda. Musieliśmy słuchać jej bez sprzeciwu. Mamy słowo, to był rozkaz i świętość. Za nieposłuszeństwo dostawało się nie tylko „burę”, ale i mimo, ze byliśmy już prawie dorośli, też i lanie. Jeszcze trzeba było mamę przeprosić za nieposłuszeństwo. Tak były wtedy wychowywane dzieci. Nie tak, jak dziś, że się mówi: „co te stare zgredy mają do gadania, jesteśmy dorośli”. Ojciec wobec nas nigdy żadnych kar nie stosował. Czasami mamie nas nie pozwalał bić. Ale mama to była mama, jej było wszystko wolno, to wiedzieliśmy. Wiedziały to też później moje własne dzieci. Więcej słuchały babci jak nas, rodziców. Na początku 1947 r. odnalazła się rodzina ojca w Ameryce. Matka ojca wyjechała przed pierwszą wojną do Ameryki. Ojczym został u dziadków w Dębowie (wsi) i u nich się wychował. Matka wyszła za mąż w Ameryce za Polaka nazwiskiem G. Z nim miała dwóch synów i córkę. Jana, Stefana i Alicję. Kiedy nas odnaleźli, matka i jej mąż już nie żyli. Kiedy matka umierała, prosiła dzieci, aby odnaleźli jej porzuconego syna Władysława. Rodzeństwo przyrodnie odnalazło naszego ojca. Zaczęli pisać listy i przysyłać paczki z odzieżą i żywnością. Przysłali też zdjęcie rodziców i swoje. Brat Jan był żonaty, miał dwie córki. Siostra Alicja była mężatką, miała też dwie córki. Stefan był kawalerem, walczył na wojnie na froncie japońskim. My też wysłaliśmy im swoje fotografie, byli bardzo szczęśliwi, że nas poznali. Moje zdjęcie i ja bardzo podobałam się Stefanowi. Napisał, że chciałby mnie za żonę. Ale wiedział, że to niemożliwe, gdyż wtedy o wyjeździe do Ameryki nie było żadnej możliwości. Stefan sprawił mnie prezent. Przysłał mi ślubny strój, przepiękną suknię, welon, białe pantofle, nawet bieliznę. I napisał, że w tym stroju chciałby mnie zobaczyć jako swoją żonę. Życzył mi, abym była w życiu szczęśliwa. Suknia była tak piękna, że ludzie przychodzili ją oglądać. Ale niestety ten strój szczęścia mnie nie dał. Tak upływał rok 1947. Zbliżała się jesień. W październiku przyjechał Zdzisiek, nadal był pewny, że się pobierzemy. Nie chciałam mu wtedy powiedzieć, że nie wyjdę za niego. Ale w grudniu były jego imieniny, wysłałam mu życzenia i napisałam, że zrywam z nim. Na Święta Bożego Narodzenia do Śniadowa na urlop przyjechał (pracował w Olsztynie) Mietek L., znany mi od dziecka, gdyż mieszkał na Starej Stacji, brat mojej szkolnej koleżanki, Haliny L. i serdeczny kolega Zdziśka. Często się u nich na Stacji spotykaliśmy. Mietek też przychodził do nas. Wiedziałam, że coś do mnie czuje. Ale ja jego nie lubiłam, gdyż był zarozumiały i uszczypliwy. Mimo że był ładnym chłopakiem, nie budził sympatii. W ten dzień świąt szłyśmy z koleżankami, a on stał z kolegami, coś powiedział pod naszym adresem, a ja na to zagwizdałam. Przyszłyśmy do nas do domu i opowiedziałyśmy mamie ten incydent. Mama popatrzyła na mnie i mówi: wygwizdałaś go, zobaczysz, że on będzie twoim mężem. Bo ja też wygwizdałam waszego ojca i za niego wyszłam. Urządziłyśmy śmiech, ja powiedziałam, że prędzej zostanę starą panną, a za niego bym nie wyszła. Nadszedł dzień Sylwestra 47 r. W ten dzień miałam jakąś scysję z mamą. No i udałam, że jestem chora i muszę leżeć w łóżku. Około południa słyszę, że wchodzą do kuchni Mietek ze swoim szwagrem R. Przywitali się z mamą i pytają, gdzie „panna”. Mama dobra dusza albo mnie na złość powiedziała, że leżę chora w pokoju. No i przyszli obaj dowiedzieć się o zdrowie. R. niedługo po tym poszedł. A Mietek został, usiadł przy łóżku i tak siedział ze 4 godziny. Byłam wściekła, bo nie miałam zamiaru z nim rozmawiać, a musiałam. A on siedział dalej. Mama nareszcie zaczęła mnie zmuszać, żebym wstała i się ubrała, myślała, że on pójdzie. Ale wtedy wstałam i zjedliśmy obiad. Wtedy zaczął prosić mamę i mnie, żebyśmy poszli na zabawę. Była to zabawa sylwestrowa. I tak chcąc się pozbyć gościa, zgodziłam się na tę zabawę. Nigdy nie myślałam, że to będzie mój ostatni sylwester panieński. Ani, że Mietek L. za miesiąc będzie moim mężem. A tak się stało. Ani ja ani on chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co robimy. Żadne z nas do ostatniej chwili nie zapytało: „czy mnie kochasz?”. Ja to początkowo uważałam za żart. Na drugi dzień w Nowy Rok wieczorem przyszli do nas: Mietek ze swoim najstarszym bratem Marianem w tak zwane „swaty”. Marian zaczął namawiać Mamę i mnie abym wyszła za Mietka. Ani Mama ani ja nie brałyśmy tych oświadczyn na poważnie. Natomiast Oni obaj mówili to na serio. Ja kończyłam 2 stycznia 19 lat. Mietek miał 23 lata. Pracował na kolei w Olsztynie, a mieszkał u Marianów w Morągu. Za tydzień Mietek zjawił się znowu z wiadomością, że przyjechał, abyśmy dali na zapowiedzi. My z mamą zażartowałyśmy, że zaprowadzi to nas jeszcze na ślub. No i daliśmy na te zapowiedzi. Po usłyszeniu drugiej zapowiedzi ja zrozumiałam, że to nie żarty i chciałam zerwać z tym cyrkiem. Ale wtedy mama już nie chciała się zgodzić na zerwanie. Uznała, że nie wypada tak się ośmieszać. I stało się. 28 stycznia 1948 r. wzięliśmy ślub cywilny, a 31 stycznia 1848 r. ślub kościelny w kościele w Śniadowie. (…) od redakcji: Tekst artykułu zawiera wspomnienia własne autorstwa mieszkanki gminy Śniadowo /pisownia zachowana w oryginale/. Notka redakcyjna: Redakcja wyraża podziękowanie dla dr Małgorzaty Frąckiewicz za nakład pracy związany z digitalizacją tekstu wspomnień. Link do I części artykułu – Śniadowo, czasy II wojny światowej: 6112 Ogólnie 4 Dziś Klasy szóste zmierzyły się z trudnym zadaniem odkrycia losów swoich rodzin w okresie II wojny światowej. Projekt miał udowodnić, że o naszym regionie i o Polsce można się nauczyć nie tylko z podręczników historii, ale także od swoich najbliższych, kochanych osób. Tylko dzięki tradycjom i więziom rodzinnym może przetrwać to co najcenniejsze – nasza tożsamość narodowa. Uczniowie zrozumieli, że oni są także cząstką historii, a swoim życiem będą tworzyć nowe dzieje. Zebrane materiały będą cenną pamiątką i dokumentem przeszłości, ponieważ wszystkie te wspomnienia, to historia Polaków, mieszkańców naszej małej Ojczyzny oraz nas samych. Aneta Guzek rok szkolny 2014/2015 *** Mój przadziadek Jan Sidorowicz opowiadał mojemu tacie jak za czasów II wojny światowej został sołtysem, ponieważ jako jedyny ze wsi umiał czytać i pisać. Dziadek mieszkał wtedy w Lubence. Gdy nocą kiedy wszyscy spali do jego domu przyszedł Niemiec. Zapytał się dziadka czy jest tutaj Józek Panasiuk. Kiedy odpowiedział mu, że jest wtedy Niemiec poprosił go, żeby z nim poszedł. Więc poszedł. Nie zrobił 5 metrów, a Niemiec go zastrzelił, ponieważ Józek był partyzantem. Może to krótka historia, ale prawdziwa. Natomiast moja babcia Marianna Kraszewska mówiła, że gdy miała 7 lat mieszkała z rodzicami w Curynie, to w ogródku jej rodzice budowali okopy i w nich mieszkali. Pamięta także jak żołnierze niemieccy chodzili ulicami i badali teren. Moja babcia siedząc w domu słyszała huk bomb i strzały z pistoletów i karabinów. Powiedziała mi również, że w czasie II wojny światowej gdzieś na Żuławie, miało być wesele u babci kuzynów Niedżwiedzkich. Kiedy państwo młodzi jechali do ślubu nadjechali powiadomieni przez przeciwnika tego ślubu Niemcy i zaczęli strzelać. Babcia jako mała dziewczynka schowała się ze swoją mamą za studnią. Od strony budynków strzelali Niemcy, a od strony lasu słychać było strzały w obronie państwa młodych. Ślub odbył się, ale przed kościołem na młodych czekali już niemieccy żołnierze, którzy zabrali pana młodego, jego brata i ojca. Zamknęli ich w areszcie, ale po kilku dniach nie znajdując winy mieli ich wypuścić. W tym czasie człowiek, który był tak zwanym szpiegiem powiedział im, że Niemcy następnego dnia ich zabiją i przywiózł im łom aby mogli uciec. Podczas próby ucieczki zostali zastrzeleni. Zdaniem mojej babci w tych czsach było okropnie i ma rację. Mój dziadek Marian Kraszewski pamięta, że gdy wybuchła II wojna światowa Niemcy przyjechali do Wisznic i zajęli szkołę i urząd gminy. Dzieci nie chodziły wtedy do szkoły. Gdy dziadek miał 4 czy 5 lat mieszkał na Kolonii Wisznice i pamięta jak siedział w domu przy oknie i wpatrywał się w samoloty lecące na niebie oraz w żołnierzy niemieckich idących przez pola. Rodzice dziadka uczyli go, że jak słychać czy widać bomby spadające na ziemię to trzeba się położyć i zamknąć oczy tak, żeby nie było ich widać, a odłamki nie uszkodziły głowy. W tych czsach, w Wisznicach jak ktoś na kogoś poskarżył to nie było tłumaczenia się tylko Niemcy rozstrzeliwali ludzi. Tak właśnie było z Józefem Babiczem, który miał broń do strzelnicy, ponieważ uczył młodzież strzelać. Gdy Niemcy tutaj przyszli to ogłosili, że jak ktoś ma broń to musi ją oddać, a ci, którzy nie oddali broni, ponosili za to kary śmierci lub uwięzienia w tak zwanych kozach. Ten człowiek ukrył broń. Wtedy ktoś na niego poskarżył. Dwóch żołnierzy niemieckich przyszło do niego i zrobili przszukanie domu. Znaleźli broń, a Józefa zabrali. Rankiem Niemcy zabrali ludzi ze wsi, z tego obszaru. Przyprowadzili tego człowieka koło starego kościoła. I tam go rozstrzelali. Miała to być taka jakby informacja dla ludzi za nieposłuszeństwo. Póżniej Niemcy przywieżli 30 więźniów z Białej Podlaskiej do Wisznic. Też ich rozstrzelali tylko, że po pięciu. Następnie przyjeżdżała furmanka i ich tam wkładali i wywozili do lasu, do Lubni. Dziadek opowiadał mi także jak jego tato zabił świnię, chociaż to było niedozwolone. Mówił, że ją udusił, żeby nie piszczała. Wtedy ktoś się poskarżył i później przyszło dwóch Niemców. Weszli do domu. Jego tato schował mięso, ale jak się weszło do domu to pachniało szynką z pieca. Dziadek mówił, że trafili na dobrych Niemców, ponieważ za to mogliby zabić jego rodziców, ale tak się nie stało tylko dziadka mama dała im kawałek szynki. I ta sprawa ucichła. Dziadek miał także stryjka, który był żonierzem. Mówił, że przyjechał do nich, do domu niemieckim motorem, ponieważ zobaczył nieżywych Niemców i wziął ich mmotor. Kiedy przyjechał zobaczył go mój pradziadek. Powiedział, że nie ma za dużo czasu i musi jechać. Ale nie może pojechać do swojej matki. Mówił mu żeby ją pozdrowił. Odjechał. Póżniej rodzice dzidka dowiedzieli się, że zabili go żołnierze niemieccy gdzieś na zachodzie, ponieważ jechał na zwiad za kolegę wiedząc, że może nie wrócić. Póżniej chrzestny dziadka zaczął szukać jogo grobu. Dotarł na miejsce, ale go nie odnalazł. Na podstawie wspomnień Marianny i Mariana Kruszewskich oraz Alfreda Bednarka. Monika Bednarek *** Aleksandra Moszkowska- Cześć Dziadku czy mógłbyś się przedstawić? (śmiech, odgłosy Babci z tyłu: ,,No przedstaw się!'') Stanisław Gromysz- No Stanisław Gromysz. A. Ile masz lat? (Babcia- No pewnie nie aż tak dużo..., śmiech) S. No poczekaj... Pewno 85. A. Proszę podaj rok swojego urodzenia. S. 1930 rok. A. Ile miałeś lat kiedy rozpoczęła się II Wojna Światowa? S. 9 lat. A. Czy pamiętasz datę tego dnia? S. To 1939 we wrześniu chyba pierwszego. A. Jak Was poinformowano? S. Poinformowano? (śmiech) A. Tak, no radiem, telewizją, w gazecie było napisane? S. (cisza) ...chyba radio już wtedy było... Radiem A. Co wtedy poczułeś? (Babcia- Żal) S. Co takie dziecko mogło poczuć... Ja wiem co wtedy poczułem. A. Jak przyjęła to Dziadka rodzina? S. Bo ja wiem co poczuła... Kto poczuje radość na wieść o wojnie. A. Jak przyjęli to ludzie z dziadka miejscowości? S. No źle. A. Gdzie wtedy mieszkałeś? S. W Curunie. A. Co podczas II Wojny Światowej robiono? S. Przede wszystkim Niemcy Żydów wybili. A. Jakie są wspomnienia Dziadka z tego okresu? Dobre czy złe? S. No a jakie? Złe. A. Jakie jest najgorsze wspomnienie z tego okresu? S. Cała wojna. Może to, że Niemcy za 2,3 dni zajęli Polskę. A. Co podczas II Wojny Światowej dziadek robił? (Babcia- Krowy pasł) (śmiech) S. A co taki chłopiec mógł robić? Dobrze Babcia mówi. (śmiech) A. Czy pamiętasz jakieś zdarzenia z tego okresu? S. Jak Niemiec w naszym sadzie mieszkał. Kiedy moją Mamę zapytał czyje to drzewa przy drodze, a ona odpowiedziała, że nie wie. To wziął belkę i uderzył ją w plecy z całej siły. I jak mój Tato szedł z okolicznym Żydem po lesie i usłyszał jak Niemiec szedł, bo szeleściło i kazał mu uciekać, i faktycznie to był Niemiec. Ten Żyd przeżył Niemców, lecz Ukraińcy przyszli i go zabili. Kiedy samoloty latali, strach... Pamiętam jeszcze jak Niemcy już zajęli Polskę to międzi Wieliczkiem a nami to szpital był. Niemcy mogli wszystko... Traktowali nas jak psy. Mogli wziąć lufę i tak bez powodu zabić, nie trzeba było wyroku, nieczego. Takie mieli prawo i tyle. W nocy przychodzili i kradli, przbierali się za takich normalnych i przychodzili oglądać majątek... Rano wzięli jakieś pieniądze, a w noc znowu przychodzili. Tylko mój Tato był tak sprytny i coś tam ich oszukiwał, przechytrzywał... Hitler myślał, że zgarnie cały świat, najechał na Rosję i nawet doszli do Moskwy tylko potem zaczęli się cofać. Nie wiem czemu. Przyszli i rosjanie do nas ale też się cofnęli, także nie wiem dlaczego. Oj tych polaków, Ruskich zginęło... Za lasem tam daleko czołgi Ruskich stali i tam chodzili... A ten NIemiec siedział na wieży kościelnej i celował cel i sam nie wiedział gdzie celuje... Celował i zabijał. Tam paru Ruskich tak wybili i poszli. A. A gdzie były kryjówki? S. No w rowie. A tak to nie było kryjówek. A. To Dziadek ot tak sobie chodził? S. No tak, a jakie miałem wyjście? A. No tak. Dobrze Dziadku dziękuję Ci za wyziad i te historię z tych czasów. Czy chciałbyś coś dodać? (Babcia- Żeby nie doczekać tego co było!) S. No tak, Babcia ma rację, żeby nie doczekać tych czasów. wywiad przeprowadziła Aleksandra Moszkowska *** Wywiad z Panem Stanisławem Draganem. JA- Czy ma Pan jakieś wspomnienia z opowieści swoich rodziców, dziadków na temat II Wojny Światowej? Mój tato urodził się w 1917r. W czasie gdy wybuchła II Wojna Światowa odbywał służbę wojskową w jednostce piechoty w Chełmie Lubelskim. Wybuch wojny zastał go w trakcie służby ze względu na to, że jednostka znajdowała się na terenach wschodnich, gdzie 17 września zostały one zajęte przez wojska sowieckie na podstawie faktu Ribbentrop-Mołotow zawartego między Związkiem Radzieckim a Niemcami, wtedy Polska znalazła się w okupacji dwóch wrogów, ale ze względu na to usytuowanie tutaj przy granicy, rozkazy zostały wydane dla tych wojsk stacjonujących polskich żeby nie podejmowały walki zbrojnej z wojskami radzickimi. Wówczas ta jednostka została rozwiązana, a wszyscy żołnierze, którzy odbywali w niej służbę wojskową zostali wypuszczeni do domów. W czasie trwania działań wojennych, ze względu na to, że mój ojciec pochodził ze wsi i pracował na gospodarstwie rolnym, a że był jedynym mężczyzną w tym domu, bo jego ojciec zmarł w roku 1920 kiedy on miał trzy lata, miał on jeszcze siostrę i matkę na utrzymaniu nie został później powołany do wojska tylko zajmował się pracą na roli i ochroną swojej rodziny. W roku 1941 prawdopodobnie jego siostra czyli moja córka, została zakwalifikowana do wyjazdu do Niemiec na przymusowe roboty i jakimś sposobem udało się jej ojcu ją z tego transportu zabrać do domu. Także przeżyli okupacje niemiecką razem... Czy jakieś jeszcze opowiadania zostały Panu w głowie? pojedyncze historie, które ojciec opowiadał o przebiegu okupacji. Jak żołnierze Niemieccy przychodzili do domu, nie zaraz prosząc o produkty spożywcze. To wszystko. Dziękuje za udzielenie odpowiedzi. Dziękuje Wywiad z Panią Elżbietą Dragan-Kiryczuk (wnuczek ŚP. Pana Franciszka Saczuka i Pani Michaliny Saczuk) Ja-Czy ma pani jakieś wspomnienia z opowieści swoich rodziców, dziadków na temat II Wojny Światowej? co pamiętam to opowieści mojego dziadka Franciszka, który przed wybuchem II Wojny Światowej czyli przed 1939 rokiem odbywał służbę wojskową, ale dokładnie nie wie w jakim wojsku. Gdy wybuchła wojna jego pułk organizował się obrony kraju. Mieli się przemieszczać na zachód Polski lecz 17 września 1939 roku wojska sowieckie przekroczyły naszą granice od strony wschodniej. Żołnierze przeszli do pułku Polesie zamiast kierować się na zachód walczyli na terenach wschodnich, lecz przegrali i wojsko zostało rozwiązane a żołnierzy posłano do domów. jakieś jeszcze opowiadania zostały Pani w głowie? do babci przyszedł rosyjski niewolnik i poprosił o schronienie przed Niemcami. Przebywał tam przez kilka dni Niemiec też tam przebywał a babcia się strasznie bała bo gdy tego niewolnika znaleziono groziło to rozstrzelaniem jej i jej bliskich. członkowie Pani rodziny przeżyli wojnę? wszystko. Dziękuje za udzielenie odpowiedzi. wywiady przeprowadziła Aleksandra Dragan rok szkolny 2013/2014 prace przepisywali następujący uczniowie: Karolina Cegłowska, Bartosz Kiryk, Michał Klimiuk, Julia Zawadzka, Dominika Żuraw. *** LOSY MOJEJ RODZINY W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ Losy mojej rodziny w czasie II wojny światowej były ciekawe, ale i tragiczne. Mój dziadek Jan Kiryk chociaż był małym dzieckiem pamięta wojnę (urodził się w 1934r.). Mieszkał w Horodyszczu na ul. Parczewskiej. Jego starsi bracia Józef i Stanisław byli członkami ruchu oporu, ale w różnych organizacjach. Józef był Komunistą, a Stanisław w AK, który dowoził prowiant i informacje z obozu w Sobiborze. Moja prababcia Marianna Kiryk z domu Doroszuk mieszkała w tym samym miejscu gdzie mieszkam dzisiaj na Rynku, gdzie w latach 1943-44 znajdowały się koszary Wermachtu (Armii Niemieckiej). W jej domu w jednej z izb (a były ich dwie - kuchnia i pokój) był zakwaterowany niemiecki oficer. Zimą 1943r. zachorował na gruźlicę starszy brat mojej babci, Staś. Miał wtedy 13 lat. Kiedy Niemcy się o tym dowiedziały, próbowały go ratować i furmanka razem ze swoimi chorymi zawieźli go do swojego szpitala w Białej Podlaskiej. Niestety Staś zmarł, bo pomoc przyszła zbyt późno. Babcia wspominała, że niemieccy żołnierze byli raczej przyjaźnie nastawieni do miejscowej ludności. Dziadek mojej mamy Jan Iwaniuk w 1914r. miał 19 lat, gdy jego trzej koledzy zostali nie słusznie posądzeni przez sąsiadów o posiadanie broni. Gestapo zabrało go do Lublina, gdzie na zamku w którym wtedy było więzienie przebywał miesiąc. Stamtąd trafił do obozu do Oświęcimia gdzie był rok. Razem z innymi więźniami budował obóz w Treblince. Podobno rozebrali cztery wsie. Po roku przewieziono go do obozu Moutheuzen Guzen pod szwajcarska granica, gdzie pracował w Kamieniołomie do końca wojny. W 1945r., kiedy obóz oswobodzili Amerykanie wrócił do domu. Bartek Kiryk *** II wojna światowa zaczęła się 1 września 1939r. Moja prababcia nie pamięta początku wojny, ponieważ urodziła się w 1937r. i miała wtedy tylko 2 lata. Mieszkała ona w Wisznicach. Pamięta jak w centrum tej miejscowości było bardzo dużo porozstawianych straganów. Było tu też "Getto" ogrodzone drutami, w którym mieszkali Żydzi. Gdy rosyjska armia zaczęła gonić Niemców przez Wisznice, armia niemiecka zaczęła podpalać drewniane budynki. Mieszkali oni w starej szkole. Pewnego dnia przywieźli oni z Wisznic i okolicznych wsi samochód pełen ludzi, których ustawili pod budynkiem z czerwonej cegły i wtedy padły strzały do niewinnych osób. Wcześniej kazali się tam stawić innym, aby przyglądali się temu strasznemu wydarzeniu. Moja prababcia była ze swoim tatą w lesie Horycach, nagle wojska rosyjskie zaczęły gonić Armię Niemiecką. Na łące nieopodal lasu pasł się koń ojca prababci, goniący żołnierze zabrali pełnego sił konia, a zostawili zdychające, zmęczone zwierzę. Innego dnia Niemcy próbowały schwytać uciekającego Żyda, gdy ten ukrył się do drewnianego ustępu, znaleźli go i rozstrzelili. Mama mojej prababci czasami dawała żydowskim dzieciom kromkę chleba, która jej została. Za pomoc Żydom groziła wtedy śmierć. O końcu wojny prababcia dowiedziała się, gdy Niemcy zaczęli uciekać Armii Rosyjskiej. Wtedy skończyła się II wojna światowa. Jakub Stańko *** Moja prababcia ma 93 lata i jest jedyną żyjącą osobą w naszej rodzinie, która często wspomina czasy II Wojny Światowej. Opowiada o tamtych latach jako o najcięższych i najtrudniejszych w całym swoim życiu. Babcia mieszkała wtedy na wsi i nie wie jak wyglądało życie w mieście. Na wsi żyło się bardzo ciężko. Panowała okropna bieda. Każdy uprawiał swój kawałek ziemi i trzymał jakieś zwierzęta. Wszystko trzeba było jednak chować przed żołnierzami niemieckimi i rosyjskimi, którzy byli głodni. Każde ziarno bądź kawałek mięsa gdy tylko znaleźli zabierali dla siebie. Trzeba było pilnować żeby nic nie zabrali, dlatego często zakopywano to w ziemi. Na wsi każdy pilnował siebie i swojej rodziny. Nie można było nikomu ufać, bo nie wiadomo z kim ktoś miał do czynienia, z Rosjanami czy z Niemcami. Często gdy jedni lub drudzy dowiadywali się, że ktoś pomaga przeciwnikami został zabity, a domy spalone. Babcia opowiadała, że często były przeszukiwane domy aby sprawdzić czy nikomu się nie pomaga. W okolicach wsi, w lasach też było niebezpiecznie, bo można było trafić na żołnierzy i po prostu zginąć. Życie wtedy było bardzo ciężkie, a najgorsze było to, że można było je stracić przez bezmyślność swoją i innych. Często też przez to, że się żyło. Bartłomiej Czekier *** W czerwcu 1939r. moi pradziadkowie Franciszek i Janina wzięli ślub. Jednak trzy miesiące potem musieli się rozstać z powodu wybuchu II wojny światowej. Pradziadek służył w wojsku do 1943r. Wrócił do domu z raną na nodze, która była bardzo rozległa i od miesiąca nie chciała się zagoić. W mundurze wojskowym i z całym ekwipunkiem ważył zaledwie 46 kg. Był bardzo wychudzony, posiniaczony, miał wiele blizn, ale był bardzo szczęśliwy, że wrócił do domu i nareszcie zobaczył swoja żonę i trzyletnią córeczkę Irenę. Bardzo przykrą historię przeżył mój pradziadek, ponieważ w czasie wojny był zakaz zabijania wyhodowanych zwierząt na własny ubytek. Kiedy Niemcy dowiedzieli się, że mój pradziadek zabił świnię przyjechali do gospodarstwa, pobili dziadka a wszystkie wyroby i mięso zabrali ze sobą. Niemiecki żołnierz pozostawił jedynie kiełbasę, która była w wędzarni przysypana popiołem. II wojna światowa dla moich przodków zakończyła się szczęśliwie, ponieważ nikt z rodziny nie został zabity i nie ucierpiał. Z opowieści mojej babci Karolina Cegłowska *** „To co pamiętam” Pamiętam Niemców przejeżdżających przez ulicę łapiących ludzi wywożących do Niemiec do pracy. Palące się budynki, czołgi, których ludzie się bali, rozstrzeliwanych Żydów, bombardujące miasta samoloty i ludzi stojących z karabinami… Pewnego dnia mój ojciec wyszedł z domu bez dowodu, dlatego nie mógł udowodnić, że jest Polakiem (tylko Żydzi nie posiadali dowodu osobistego). Mama powiedziała: „Lidka, biegnij i zanieś dla taty dowód, bo jak go złapią to mogą zastrzelić”. Wzięłam go i biegłam do wsi, ale zobaczyłam Niemca z karabinem i się wystraszyłam. Uciekłam do domu z płaczem. Za kilka minut wyszłam razem z mamą. Kiedy doszłyśmy na miejsce, ktoś zawołał, że ojca zabrali do naszego mieszkania. Mama zbladła i jak piorun pobiegła do domu. Ja zostałam razem z innymi dziećmi. Nagle usłyszeliśmy strzały. Od razu zaczęliśmy płakać i krzyczeć. Zobaczył nas jakiś Niemiec. Zaczął iść w naszą stronę, a my jeszcze głośniej płakaliśmy, ale nie zrobił nam krzywdy. Mnie pogłaskał po głowie i powiedział coś po niemiecku. Chyba chodziło mu o to, żebym nie płakała. Mama na szczęście zdążyła zanieść dowód i wszystko dobrze się skończyło. Pamiętam też rozstrzeliwanych żołnierzy niemieckich przez Rosjan. Nigdy nie zapomnę tego widoku… Zdzierano z nich mundury. Zostawały tylko białe kalesony. Następnie wrzucano ich do rowu koło cmentarza i zakopywano. II wojna światowa była bardzo krwawym wydarzeniem i mam nadzieję ,że podobne wydarzenia nie będą miały miejsca w dzisiejszych czasach… Na podstawie opowieści Pani Alicji Nurskiej ur. 19 października 1932r Dominika Żuraw rok szkolny 2012/2013 *** Pomnik znajdujący się obok Starego Kościoła który teraz nosi nazwę Centrum Kultury Chrześcijańskiej w Wisznicach upamiętnia wydarzenie z 31 X 1939r. Ten pomnik to oryginalny słup ogrodzeniowy muru kościoła w którym widnieją ubytki. Są to dziury po kulach wystrzelonych do mojego pradziadka - Józefa Babicza. Józef Babicz był osobą publiczną angażował się w życie, rozwój publiczny, polityczny i kulturowy Wisznic. Był członkiem komitetu wyborczego w latach 1928r.. Założył klub strzelecki „Strzelec” i był jego naczelnikiem. W niedzielę cała rodzina Babiczów jak co tydzień szykowała się do kościoła na sumę o godzinie 11:00. W trakcie mszy w głównych drzwiach kościoła pojawiło się kilku żołnierzy Niemieckich. Weszli na główny ołtarz i kazali, aby Józef Babicz wyszedł na środek. Gdy mój pradziadek to uczynił rozkazano, aby wszyscy ludzie opuścili kościół. Józefa skuto i wyprowadzono. Na zewnątrz odczytano mu zarzuty przechowywania broni palnej na swojej posesji, za co ma zostać rozstrzelany i wszyscy dorośli członkowie jego rodziny (wprawdzie była to broń śrutowa, którą strzelano w kole strzeleckim „Strzelec”). Zwołano wszystkich mieszkańców Wisznic, aby ujrzeli co grozi za nieposłuszeństwo wobec narodu niemieckiego. Ks. Bronisław Turski poprosił o wyspowiadanie przed śmiercią i udzielił mu rozgrzeszenia oraz ostatniej Komunii Świętej. Zaprowadzono go pod jeden ze słupów ogrodzenia, gdzie wykonano egzekucję. Jego dzieci patrzyły na to i wyrywały się, aby go uratować lecz mieszkańcy zatrzymali je w obawie przed rozstrzelaniem. Żołnierz niemiecki zapytał ile dzieci miał ten człowiek i aby wszystkie wystąpiły. Zebrani powiedzieli że ma troje nieletnich, a o pełnoletnim Zygmuncie nie wspomnieli, dzięki czemu go uratowali. Mieszkańcy Kol. Wisznice ukrywali go na swoich posiadłościach. Ciało Józefa leżało przez 3 dni przed kościołem, aby jeszcze raz dać przestrogę ludziom. Zwłoki zostały wykradzione nocą i pochowane na cmentarzu parafialnym przy głównej alei. Przez to zdarzenie Józef Babicz stał się pierwszą ofiarą represji hitlerowskich w Wisznicach. Prawdopodobnie do egzekucji przyczynił się anonimowy donosiciel żydowski. Na podstawie wspomnień rodziców i dziadków Dawid Jańczak *** Mój pradziadek Franciszek Waszczuk był uczestnikiem kampanii wrześniowej. Brał udział w obronie fabryki amunicji w Skarżysku – Kamiennej jako celowniczy działka przeciwlotniczego. W październiku 1939r. wrócił do domu i pełnił funkcję sołtysa wsi Dubica. Wraz z rodzoną udzielił schronienia szesnastoletniej dziewczynie pochodzenia żydowskiego. Niestety, ze względu na groźby jednego z sąsiadów, była ona zmuszona uciec. Wtedy pradziadek pomógł w zorganizowaniu fałszywych dokumentów. Jako sołtys, dziadek miewał częste kontakty z Niemcami, ale tez i z partyzantami. Pewnego razu pradziadek wraz z grupą ludzi ścieli słupy elektryczne i został aresztowany. Prababcia Paulina, z niemowlęciem w ręku (które było moim dziadkiem – Ryszardem), poszła prosić nazistów o darowanie życia mężowi. Poplecznicy Hitlera zgodzili się, darowali karę, a w ramach zadośćuczynienia kazali poustawiać słupy na nowo, a dodatkowo obić je drutem kolczastym, aby utrudnić ścinanie w przyszłości. Innym razem, gdy pradziadek pojechał do lasu został poproszony przez grupę partyzantów z Batalionów Chłopskich o przewiezienie rannego do szpitala polowego. Nie wiedząc, że w tym czasie czekali na niego Niemcy, którzy postanowili sprawdzić z jakim ładunkiem wróci. Po odwiezieniu rannego pradziadek nie załadował już drewno i wrócił z pustym wozem, musiał tłumaczyć się przed okupantem, dlaczego nie przywiózł opału. Powiedział, że został napadnięty przez partyzantów, zostały zawiązane mu oczy i słyszał jęki rannego, stwierdził, że gdzieś jechali. Całe szczęście Niemcy uwierzyli w wersję dziadka. Natomiast mój stryjeczny pradziadek – Jan Wawryszuk, zginął na terenie Niemiec, niedocierając z armią wyzwoleńczą do Berlina. Informacje pochodzą od: babci Haliny Jaroszewicz i dziadka Ryszarda Waszczuka Maciej Jaroszewicz *** 25 września 1939 roku, na podwórko wszedł oddział żołnierzy sowieckich. Byli ubrani w jasno-zielone mundury. Szerokie bluzy były przepasane rzemiennym pasem. Mieli również wysokie buty i na głowach furażerki z czerwoną gwiazdą. Byli uzbrojeni w długie karabiny z bagnetami. Zatrzymali się przy studni, zaczęli pić wodę i myć ręcę, po czym wycierali je w w naszym domu jeden dzień, żywiąc się tym, co otrzymali od naszych rodziców. Potem poszli w stronę Wisznic. Tymczasem w Wisznicach Żydzi utworzyli policję i chwytali powracających z wojny do domów polskich żołnierzy. W pierwszych dniach pażdziernika na nasz teren wkroczyły oddziały niemiecke. Zajęli oni szkołę podstawową w Wisznicach i zaczęli dyktować swoje prawa. Należało zdać broń, samochody, motocykle, radio. Kto nie podporządkował się rozkazom mógł zostać rozstrzelany ( Babicz). Tato z bratem zapakowali nasze radio do pudła i zakopali je nieopodal domu. Każdy ze wsi został wyznaczony, do obowiązkowych dostaw żywności dla niemieckie wyrzucały mieszkańców lepszych mieszkań na ulicę, a sami tam każdym mieście były getta dla obok szkoły, do której uczeszczałęm mieściło się takie getto. Na przerwach dzieci Żydowskie prosiły nas o chleb. Dawaliśmy im swoje kanapki, ale pilnujący getta żydowscy policjanci zabraniali i przeganiali nas od płotu. Po dwóch latach zlikwidowano starców i dzieci pędzono do obozu koncentracyjnego w Treblince. Kto nie dał rady iść, zostawał zabity już w drodze. Taką egzekucje widziałem na własne oczy. Starsza kobieta zostawała z tyłu kolumny. Podszedł do niej żołnierz, coś ją spytał, następnie cofając się o 2 metry, strzelił jej w głowę. Ciało pochowano w rowie, przy drodze. Młodych Żydów Niemcy rozstrzelali na łące. Dopiero po wojnie zrobiono ekshymacje i przeniesiono ciała na cmentarz żydowski. Z początkiem roku 1941 nasiliły się represje okupanta na ludzkość polską. Hitler przygotowywał się do wojny z Rosją, dlatego od chłopów zabierano zboże, mięso i nabiał. Wyznaczono szarwarki, by przygotować drogi, lotniska polowe i inne umocnienia wojenne. Młodzież od lat 16 zabierano na przymusowe roboty do Niemiec, tam za darmo musieli pracować w gospodarstwach rolnych. Na podstawie wspomnień Jana Romanowicza zam. w Dubicy Michał Zaleszczyk *** W okresie II wojny światowej w mojej rodzinie wydarzył się okrutny los, jaki dotknął mojego stryjka Mikołaja, który urodził się w 1923 roku. Mieszkał on w Żeszczynce ze swoim bratem i siostrą. W wieku 17 lat dostał zawiadomienie o tym, że ma się stawić w Lublinie do organizacji „Junaki”, która zabierała ludzi na przymusowe roboty. Po upływie tygodnia zdecydował się na ucieczkę do domu z kolegami z panem Filipczakiem z Wisznic i panem Wrońskim z Małgorzacina. Przebywał w miejscu zamieszkania dwa tygodnie w tym czasie przyjechała furmanka i zabrali go do Sławatycz. Tam spędził jedną noc. Następnego dnia został odwieziony do Lublina. Przebywając w Lublinie był okrutnie bity, znęcano się nad nim w wyniku czego dokonali strasznego czynu przebijając soczewki. Gdy się zorientowali podwładni tej organizacji, że stryj Mikołaj błyskawicznie traci wzrok zdecydowali go wypuścic, aby nie było podejrzeń, że tak źle są traktowani ludzie w „Junakach”. W takim stanie stryj wrócił do domu i do końca swojego życia był człowiekiem niewidomym, ponieważ lekarze nie dawali żadnych nadziei. Mimo to nauczył się żyć i poruszać w obrębie swojego domu i podwórka. Zmarł w wieku 70 lat. Moi przodkowie którzy żyli w czasie ll wojny światowej nazywali się: • Jan i Helena Wróbel ( • Anna Wróbel (1909r.) • Maria Wróbel (1902r.) • Jan Potapiuk (1902r.) • Paulina Potapiuk (1909r.) • Kazimierz i Bolesława Szaniawscy • Michalina i Józef Ślązak( • Mikołaj Wróbel (1923r.) Na podstawie informacji dziadka - Jana Wróbla ur. i babci - Heleny Wróbel ur. Karolina i Mariola Wróbel *** Czasy II wojny światowej przeżył mój pradziadek Jan Zaleszczyk. W tych czasach był jeszcze 17- sto letnim chłopakiem. Mieszkał w Wisznicach. Jego rodzice zostali rozstrzelani. Hitlerowcy wywieźli go na przymusową pracę w III Rzeszy. Była tam okropna bieda. Ludzie pracujący nie mieli co jeść. Niektórzy desperacko wykradali paszę od świń. Gdy Dziadek Jan wrócił do Wisznic był wygłodniały i chory. Kolejną osobą która przeżyła II wojnę światową jest moja prababcia Aleksandra Zaleszczyk z domu Nazaruk. Mieszkała w Bokince Pańskiej z rodzicami i dwoma siostrami. Żyła w strachu przed bandami Ukraińskich Armii Powstańczych. Dla bezpieczeństwa miała w domu skrytkę w piecu chlebowym do której wchodziły wszystkie dziewczyny z rodziny. W czasie nalotu na wieś przez UAP były świadkami śmierci przez mękę jej babci. Pod koniec wojny wyszła za mojego pradziadka Jana i zamieszkała w Wisznic. Prababcia od strony taty Janina na własnej skórze przeżyła pacyfikację Zamojszczyzny. Mieszkała w pobliżu Tomaszowa Lub. przymusowo ożeniona z bogatym gospodarzem. Gdy szła ze swoim synem do jej rodziców wieś rozstrzelano i spalono. Wszyscy zginęli. Wspomnienia Mojej Mamy Jakub Maryńczak *** W 1939r. moja babcia miała 7 lat, mieszkała we wsi Stasiówka. Kidy wybuchła wojna szkoły zostały zamknięte, podręczniki szkolne w języku polskim władze niemieckie kazały zdać. Babcia uczyła się na czasopismach dziecięcych pisanych w języku polskim. Świadectwa szkolne wypisywane były w języku polskim i niemieckim. 20 września 1939r. wojska Związku Radzieckiego, które szły na Warszawę zakwaterowały się w domu rodziców babci. Mieszkali tam około dwóch tygodni. Wobec ludzi cywilnych nie byli agresywni. W czasie okupacji, po wycofaniu się wojsk rosyjskich, w urzędach państwowych władzę objęli Niemcy. W gminach była policja niemiecka, a w Wisznicach gestapo. Na wsie nałożono kontyngenty w postaci zboża i mięsa. W miastach panował głód. Z Warszawy przyjeżdżali na wieś, żeby kupić jakąś żywność. Ojciec babci kupował świnie i zabijał je, a babcia siedziała na dachu stodoły i obserwowała czy nie jedzie gestapo. W nocy mieszkańcy Warszawy przewozili pociągiem mięso. W zimie ojciec babci pojechał do lasu i spotkał zbiegów rosyjskich, prosili o jedzenie. Przez jakiś czas wieczorem przychodzili do domu babci i otrzymywali pożywienie. W jesienny zimny wieczór przyszedł jeden z tych zbiegów, prosił o jedzenie. Kiedy się posilił poprosił, aby go przenocować. Był cały mokry. Mama babci przebrała go w taty ubrania i udzieliła mu schronienia. Rano prosiła, żeby obie poszedł. Kiedy wyszedł z zabudowania słychać było strzał. To żandarmeria z Wisznic strzelała do spotkanych na polach jeńców rosyjskich. Za handel mięsem babci szwagier został niesłusznie oskarżonych za dowożenie mięsa partyzantom, których było pełno w lasach. Został zatrzymany i otrzymał wyrok śmierci. Niedługo potem, dzięki łapówce, został wykupiony przez brata babci. Na podstawie wspomnień babci – ur. 1932r. Gabrysia Makaruk *** Moi pradziadkowie mieszkali podczas II wojny światowej na kolonii Rowiny. Mieszkańcy kolonii musieli chodzić do wsi na wartę. Mój pradziadek Antoni rano chodził na wartę, a wieczorem rąbał drzewo. Któregoś razu Niemcy zobaczyli jak rąbał drzewo i pogonili go do domu. Po wojnie był nałożony kontygent, każdy musiał płacić zbożem, mlekiem, ziemniakami. Jeżeli ktoś się nie wywiązał z tego obowiązku to zamykali do kozy, czyli do więzienia. Mały chłopiec pasąc krowy odnalazł nabój. Zaczął go rozbrajać. Nagle padł głośny wybuch. Rozerwało go na szczątki. Później ciało chłopca zbierano na łące. Na podstawie wspomnień mojej babci Genowefy Kowaluk urodzonej 14 kwietnia 1945r. Natalia Obrycka *** Podczas okupacji hitlerowskiej blisko sporych kompleksów leśnich narażała Kopytnik - wieś, w której mieszkał mój pradziadek, na napaści leśnych band, a także - na różnego rodzaju hitlerowskie akcje odwetowe. W lipcu 1942 roku wymordowano całą rodzinę Gontarewiczów: rodziców, trzech synów i dwie córki. Najmłodsza Marianna dwa tygodnie wcześniej uczestniczyła w I Komunii Świętej. Grób tej rodziny znajduje się przy drodze łączącej Wisznice z Kopytnikiem. Po tym mordzie żandarmieria wisznicka urządziła napad karny. W odwecie za to na Kopytnik napadli bandyci, pomiędzy którymi byli i Żydzi. Skatowali kilku kolegów pradziadka, a jego biorąc za innego poszukiwanego wyprowadzili na łąkę tuż obok rowu, aby go zastrzelić. On upadł nieco wcześniej, kula chybiła, a on potoczył sie do rowu i leżał. Bandyci myśląc, że go zabili odeszli oddając kilka serii strzałów w kierunku wsi. Zapaliło się od tego dużo okolicznych stodół, domów i obór. O tej historii pradziadek opowiadał swoim dzieciom, a oni opowiedzieli to mojej mamie. Z opowieści mojej mamy. Jowita Kwiatek *** Moi dziadkowie podczas wojny byli jeszcze dziećmi, ale często widzieli jak Niemcy zabijali innych ludzi. Pradziadek Jan był żołnierzem „AK”. Przez całą wojnę walczył, organizował akcje sabotażowe. W jego gospodarstwie w Radczu były przeprowadzane rewizje. Bywało, że rodzina się ukrywała. Był bardzo odważnym człowiekiem, otrzymał liczne odznaczenia między innymi „Order Virtuti Militari”. Mój pradziadek Stanisław też był żołnierzem „AK”, mieszkał we wsi Olszewnica, a jego dom był na uboczu wsi. Odbywały się tam liczne spotkania żołnierzy, planowano tam różne akcje. Pradziadek ukrywał współtowarzyszy i pomagał im. W lutym aresztowany przez „UB”, a 4 kwietnia rozstrzelano go za nieujawnienie miejsca pobytu Komendanta „AK” „Greka”. W Olszewnicy postawiono pomnik tym żołnierzom, którzy zginęli za Ojczyznę. Na podstawie wspomnień mojej mamy Julek Rejek *** Szkoła Szkoła w tamtych czasach była mniejsza, Niemcy pozwolili zając tylko dół a oni przejęli górę! Była zima… Niemcy przyprowadzili kobietę i 2 mężczyzn z psem. Zwierzę szarpało kobietę za korzuch, a ona płakała. Babci nieposłuszna klasa poszła na górę żeby zobaczyć co tam się działo, i po kolei zaglądali przez dziurkę od klucza. Zajęło to dużo czasu, ponieważ było dużo dzieci. Słychać było stukot butów zbliżających się do drzwi, wtedy całą klasa zaczęła uciekać! I po schodach wchodził Niemiec, a że moja babcia była ostatnia to złapał ją, za rękę. Głośno krzyczał na nią i bił po dłoniach! „Trach, trach zabili żydówkę” Pewnego dnia, gdy babcia szła do szkoły.., zauważyła jak dwóch Niemców wyprowadza żydówkę na dwór i wiesza na trzepaku! Już byli gotowi ją zabić, lecz babcia przechodziła obok i się powstrzymali. Nie chcieli żadnych świadków tak tragicznego morderstwa! Po paru minutach, gdy babcia dochodziła do szkoły, usłyszała strzał! Była pewna że to zabili żydówkę i tak było, gdy wracała ze szkoły zauważyła ciało brutalnie zabitej żydówki… Kościół Stary kościół był zamknięty… Po raz pierwszy w Boże Narodzenie babcia wybrała się z rodziną do kościoła. Gdy skończyła się msza ksiądz po kolei co trzy minuty wypuszczał ludzi z kościoła aby, Niemcy ich nie zauważyli… Za takie zachowanie ludzi płacili śmiercią! Getto Getto zostało zrobione na ul. Fabrycznej, tam mieszkali Żydzi. Niemcy przywozili dużą ilość Żydów. Brakowało miejsca i w każdym domu zasiedlało się ponad 30 osób. Byli bardzo brudni, niezadbani, ciasno mieli w domach a na dodatek gryzły ich wszy i zabijały… „Psztyk, psztyk i zabity” Pewnego dnia nie wiadomo z jakiego powodu, Niemcy wygnali Żydów z Wisznic! Mieli iść pieszo do Międzyrzeca. W czasie drogi męczennicy szybko się męczyli. Gdy dotarli do Dubicy padali ze zmęczenia. Ale Niemcy nie zwracali na to uwagi i od razu zabijali Żyda i zakopywali w polu! Do celu doszła mała grupka ludzi i po jednej nocy nad niebem, zakopali wszystkich w jednym wielkim dole. I pod wieczór rozpalili ognisko na tym terenie… Z opowieści mojej sąsiadki xxx Kasia Parchomiuk *** Pewnego popołudnia około 13 godziny mój pradziadek szedł razem ze swoim kolegą po wsi Żeszczynce. Wracali do domu i zobaczyli, że jadą uzbrojeni Niemcy swoim łazikiem. Nie uciekali, bo nawet by nie zdążyli, więc się zatrzymali ze strachem w oczach koło swojego domu. Niemcy powiedzieli do nich, aby wsiadali. Pradziadek z niechęcią wykonał polecenia. Jego kolega zrobił tylko trzy szybkie kroki ku ucieczce, jednak szybko go schwytano, a następnie przyłożono broń do skroni. Siłą został zaciągnięty do łazika. Obaj trafili do obozu koncentracyjnego na Majdanku. Dzisiaj nazwisko jego znajduje się na pomniku, który upamiętnia wszystkich, którzy zginęli w tym miejscu. Z relacji mojej babci Aliny Sozoniuk – ur. 1951r. Emil Łogonowicz *** W Rowinach w czasie II wojny światowej były ciężkie czasy. Wszyscy bali się o swoje życie. Wtedy nie można było pomagać ludności żydowskiej, ponieważ groziło to śmiercią całej rodziny. Zbierano wszystkich ludzi z domów, by sprawdzić czy nikt nie utrzymuje nikogo z Żydów. Po sprawdzeniu cała ludność ocalała. Któregoś dnia wieczorem przyszli bolszewicy do domu moich pradziadków Jadwigi i Feliksa i chcieli by ich nakarmić. Przenocowali jedną noc i na drugi dzień wyszli i kazali nikomu o tym nie mówić. Do tej pory nikt o tym nie wie. W nieoczekiwanym momencie przyjechała Żandarmeria Niemiecka wszyscy uciekali, gdy mojej prababci brata Jana zauważyli to on zaczął uciekać i go zastrzelili. W czasie wojny były porozrzucane niedopały min. Mojej prababci siostry Aleksandry syn Józef pasł krowy i znalazł na łące minę i zaczął ją rozbrajać w pewnym momencie ona wybuchła i rozniosła jego szczątki po całej łące i zginął na miejscu mając 11 lat. Na podstawie wspomnień mojej babci Marianny ur. 22 sierpnia 1940r. Natalia Soroka *** W czasie II wojny światowej u moich pradziadków Eugenii i Juliana Wrońskich mieszkali w dwóch pokojach w domu Niemcy. U pradziadków Anny i Jana Perchuć w Curynie w sadku Rosjanie porozstawiali namioty, w których opatrywano rannych. Mieli swoją doktorkę. Na drodze rozstawili kuchnie i gotowali w dużym kotle zupy oraz mięsa ze zrabowanego bydła. Jedli też dania z dyń. Na podstawie wspomnień babci Marianny Wrońskiej. Arek Wroński *** Podczas II wojny światowej moi pradziadkowie byli młodzi, mieli po 13 i 15 lat. Nikt z naszej rodziny nie brał czynnego udziału w walkach. Pamiętają jak będąc dziećmi widzieli pojedyncze grupy żołnierzy przemieszczających się przez Dubicę czy Wisznice. Były przypadki, że głodni i wyczerpani żołnierze prosili ludzi o chleb czy mleko także o możliwość przenocowania w stodole. Zdarzały się też przypadki, że partyzanci ukrywający się w lasach zakradali się nocą do gospodarstw, wykradali dobytek aby móc wykarmić ukrywających się ludzi w lesie. Przelatujące samoloty budziły grozę wśród wszystkich ludzi nie wiedząc co może się wydarzyć. Bali się dorośli i dzieci a odległe wystrzały walk budziły przerażenie. Mimo że było to bardzo dawno moja prababcia ma teraz ponad 80 lat, a te czasy wspomina niezbyt miło. Strach i lęk przed wojną i walkami długo nie mogły być zapomniane. Ze wspomnień mamy Rafał Mazurek Odpowiedzi hani$ odpowiedział(a) o 14:59 zobacz w goglach na pewno znajdziesz! 0 1 Uważasz, że znasz lepszą odpowiedź? lub Jak radzili sobie Polacy w czasie pandemii w Norwegii / dr Elżbieta Czapka Bartek Karpowski rok temu • 1,393 wyświetleń Filmy instruktażowe Oszukani i wykorzystani na farmie w Norwegii Bartek Karpowski 2 lata temu • 3,017 wyświetleń Filmy instruktażowe Bez języka norweskiego nie znajdziesz pracy w Norwegii - Ewelina (3/3) Moja Norwegia #39 Bartek Karpowski 2 lata temu • 4,631 wyświetleń Filmy instruktażowe Koronawirus w Norwegii - Szkoła w czasie pandemii - Molde Ålesund- relacja z frontu 5 / Ewelina Bartek Karpowski 2 lata temu • 3,189 wyświetleń Filmy instruktażowe Gdzie moja karta do głosowania? Chyba zacznę przez to więcej pić! - Podsumowanie dnia w Norwegii Bartek Karpowski 2 lata temu • 1,343 wyświetleń Filmy instruktażowe Talibowie i pieniądze w Norwegii Bartek Karpowski 187 dni temu • 1,312 wyświetleń Filmy instruktażowe Nowa w Norwegii - Sylwia Bartek Karpowski 2 lata temu • 2,141 wyświetleń Filmy instruktażowe Każdy ma swój plan na Norwegię - Nowa w Norwegii / Sylwia (2/3) Bartek Karpowski 2 lata temu • 1,728 wyświetleń Filmy instruktażowe Mnóstwo pracy w Norwegii Bartek Karpowski 83 dni temu • 1,145 wyświetleń Filmy instruktażowe Więcej Warki, pieniędzy i śniegu, a mniej seksu w Norwegii Bartek Karpowski 2 lata temu • 2,631 wyświetleń Filmy instruktażowe II wojna światowa w kraju fiordów - neutralna Norwegia Bartek Karpowski 2 lata temu • 1,682 wyświetleń Filmy instruktażowe Najgorszy miesiąc w Norwegii Bartek Karpowski 60 dni temu • 884 wyświetleń Filmy instruktażowe Kryzys, strajk i alarmy w Norwegii Bartek Karpowski 52 dni temu • 909 wyświetleń Filmy instruktażowe Zwierzaki Polaków z Norwegii - nasze komentarze Bartek Karpowski 3 lata temu • 2,277 wyświetleń Filmy instruktażowe Polacy na emigracji sobie pomagają - Nowa w Norwegii / Sylwia (3/3) Bartek Karpowski 2 lata temu • 1,404 wyświetleń Filmy instruktażowe Za mało Polaków, a za dużo piwa w niegotowej Norwegii Bartek Karpowski rok temu • 2,572 wyświetleń Filmy instruktażowe Polski sukces w Norwegii. Czemu lubimy bompenger? Ile Norwegia zarabia na mandatach? Podsumowanie #9 Bartek Karpowski 2 lata temu • 2,980 wyświetleń Filmy instruktażowe Ciężkie początki w Norwegii 30 lat temu - BEATA 3/5 Moja Norwegia #38 Bartek Karpowski 2 lata temu • 2,808 wyświetleń Filmy instruktażowe Spadki i strajki w całej Norwegii, zrób badanie bo zostaniesz bez lekarza i ogórkowy kryzys Bartek Karpowski rok temu • 2,463 wyświetleń Filmy instruktażowe Praca "na wymianę" na czarno w Norwegii 30 lat temu - BEATA 4/5 Moja Norwegia #42 Bartek Karpowski 2 lata temu • 3,495 wyświetleń Filmy instruktażowe W Norwegii stworzyłam rodzinę 2/2 Bartek Karpowski rok temu • 1,531 wyświetleń Filmy instruktażowe Praca i polityka w Norwegii, co dalej? Bartek Karpowski 312 dni temu • 972 wyświetleń Filmy instruktażowe Nie poleciał z Polski do Norwegii i inne problemy Bartek Karpowski 269 dni temu • 1,481 wyświetleń Filmy instruktażowe Ubezpieczenie samochodu w Norwegii bez tajemnic - Agata Dymna 5 lat temu • 6,885 wyświetleń Filmy instruktażowe Cała rodzina w Norwegii Ola + Julia 1/2 Moja Norwegia #22 Bartek Karpowski 3 lata temu • 4,158 wyświetleń Filmy instruktażowe Wyjazd do Norwegii, ciężka praca i budowa domu w Polsce Bartek Karpowski rok temu • 3,072 wyświetleń Filmy instruktażowe W Norwegii od 30 lat BEATA 2/5 Moja Norwegia #21 Bartek Karpowski 3 lata temu • 2,677 wyświetleń Filmy instruktażowe Polityczna poprawność i emigranci w Norwegii Powroty #15 Henryk Malinowski (6/9) Bartek Karpowski 3 lata temu • 4,638 wyświetleń Filmy instruktażowe Co jest największą ignorancją w Norwegii? dr Elżbieta Czapka Bartek Karpowski rok temu • 2,489 wyświetleń Filmy instruktażowe Coraz więcej Norwegów nie z Norwegii Bartek Karpowski 87 dni temu • 1,003 wyświetleń Filmy instruktażowe W Norwegii praca jest niebezpieczna Bartek Karpowski 174 dni temu • 1,624 wyświetleń Filmy instruktażowe Jeszcze drożej w Norwegii... Bartek Karpowski 111 dni temu • 969 wyświetleń Filmy instruktażowe Mąż pracuje w Norwegii, żona mieszka w Polsce - rozdzielona rodzina Bartek Karpowski rok temu • 2,640 wyświetleń Filmy instruktażowe To już koniec Norwegii jaką znamy... Bartek Karpowski 319 dni temu • 2,949 wyświetleń Filmy instruktażowe Etat dla każdego w Norwegii Bartek Karpowski 193 dni temu • 1,493 wyświetleń Filmy instruktażowe Mi barnevernet pomogło. Ewelina (1/3) Moja Norwegia #34 Bartek Karpowski 3 lata temu • 2,878 wyświetleń Filmy instruktażowe To nie czas na zmiany w Norwegii Bartek Karpowski 177 dni temu • 1,349 wyświetleń Filmy instruktażowe Rosyjskie statki nie wpłyną do Norwegii? Bartek Karpowski 116 dni temu • 763 wyświetleń Filmy instruktażowe Praca w Norwegii nie znając języka Bartek Karpowski 101 dni temu • 1,328 wyświetleń Filmy instruktażowe Polacy w Norwegii Bartek Karpowski 89 dni temu • 1,060 wyświetleń Filmy instruktażowe Jeszcze więcej pieniędzy w Norwegii Bartek Karpowski 75 dni temu • 982 wyświetleń Filmy instruktażowe Oszukał imigrantów w Norwegii Bartek Karpowski 65 dni temu • 989 wyświetleń Filmy instruktażowe Pijący Polacy w Norwegii Bartek Karpowski rok temu • 3,692 wyświetleń Filmy instruktażowe Praca w Norwegii, co dalej? - Ewa Danela Burdon Bartek Karpowski rok temu • 2,281 wyświetleń Filmy instruktażowe Na początku wszystko było ok, ale zaczął się mobbing i oszustwa... Bartek Karpowski 305 dni temu • 1,839 wyświetleń Filmy instruktażowe Jak traktowani są polscy emigranci w Norwegii? / Powroty #16 Henryk Malinowski (7/9) Bartek Karpowski 2 lata temu • 4,386 wyświetleń Filmy instruktażowe Przyjechałem do Norwegii kiedy było tu 100 Polaków Bartek Karpowski rok temu • 2,238 wyświetleń Filmy instruktażowe Jak wygląda praca pielęgniarki w Norwegii Bartek Karpowski rok temu • 2,383 wyświetleń Filmy instruktażowe "Przez pasje nie boję się już długich i ciemnych wieczorów w Norwegii" Bartek Karpowski 2 lata temu • 1,893 wyświetleń Filmy instruktażowe Oszukani i wykorzystani w Norwegii Bartek Karpowski 2 lata temu • 1,290 wyświetleń Filmy instruktażowe

moja rodzina w czasie 2 wojny swiatowej